wtorek, 5 czerwca 2018

Półrocze

Co się działo przez te miesiące?

Pierwszy tom Fantazmatów pobrano trzynaście tysięcy razy (unikalne pobrania). Redagowałam, weryfikowałam i recenzowałam tamte teksty i robię to dalej przy drugim tomie (gdzie znajdzie się również moje konkursowe opowiadanie "Lot motyla"), przy Dragonezie i kolejnych projektach. Ogarniam też ilustracje do Dragonezy.



Udało mi się przeprowadzić konkurs "Jestem legendą", na który zgłoszono ponad 90 tekstów, z czego do etapu głosowania przepuściłam 60. Głosowanie nadal trwa w tym oto wątku.

Wysłałam do redakcji NF opko napisane w duecie, piszę drugi duet, nabazgrałam związanego z Jutronautami szorta do gazety. Przeszłam do drugiego etapu konkursu "Umieranie to parszywa robota". 

Mam 50K znaków nowej książki. Celuję w 350K, więc ledwie jedna siódma za mną. Wydawnictwo dało mi do zrozumienia, że chciałoby wydać ją w drugiej kolejności, po "Openminderze", bo zareklamowałam ją jako lekką, młodzieżową fantastykę. A książka, którą przysłałam jako drugą jeszcze w zeszłym roku, nazwijmy ją roboczo "Burzą", to multiwersum z wieloma wątkami, więc poszłaby jako trzecia. Nie mam nic przeciwko, jestem grzeczną autorką i zaraz zabrałam się do szybszego pisania "młodzieżówki". Nie wiem, czy wyjdzie taka lekka, jakby człowiek chciał (mam absolutnie niezwyciężone ciągoty do postapo i mroku), ale jest całkiem nieźle. Jak na moje ciągoty.

Bolączki i cierpienia związane z wydawaniem "Openmindera" pozostawiam dla siebie, ew. opowiadam o tym na NFowych piwach. Data premiery już jest, 19 września (!!!), a więc tylko trzy miesiące czekania. Jakoś to przeżyję. Mam sporo metod relaksacyjnych i dużo pracy. W większości wciąż nieodpłatnej. Ale to doskonała nauka. Zwłaszcza Fantazmaty. Powoli, powolutku uczę się bycia dobrą redaktorką, a to przydatne również we własnej twórczości.


Otwarto mój przewód doktorski. Tzn. nie dostałam żadnego pisma, ale dzwoniono do mnie z dziekanatu odnośnie uchwały o otwarciu. 
Wystąpiłam na konferencji o twórczości Stanisława Lema z referatem "Od samolubnego genu do mechanicznego superego. Dlaczego ludzka natura jest destrukcyjna?". To była przyjemna, spokojna konferencja wśród ludzi, których już znam. Miło było znowu zobaczyć i posłuchać profesora Jarzębskiego. Chociaż przyznam, że jak usłyszałam komentarz jednego pana na jego temat, omal nie padłam. Jeśli kiedyś będziecie pili ze mną piwo, zapytajcie mnie o tę anegdotkę. Obsługiwałam też Międzynarodowe Forum Etyczne, "Moralny status zwierząt". Tutaj dopiero było wesoło - humus na przekąski, psy jako słuchacze, książki pisane zieloną czcionką i życie kurczaków w oksach 360 stopni.

Przechodzę jak taran przez każde kolejne wyzwanie, a jak wydaje mi się, że mam ich za mało, wynajduję nowe. Mam niewiele pieniędzy na co dzień, bo to głównie niewielkie stypendium doktoranckie czy dorywcza pisanina, ale póki stać mnie na prenumeratę książek czy różowe buty z chińskiego marketu, jest okej. Całymi dniami piszę albo pracuję z tekstem, czasem oderwę się i włóczę po lesie i polach, idę na jazz, basen, biegam. Albo maluję po ścianie. Ewentualnie leżę w grającej, wibrującej i świecącej wannie, na którą wydałam część oszczędności. Większość odłożonych pieniędzy to chyba jak u każdego, idzie na wyjazdy. Byłam ostatnio w okolicach Trójmiasta, spotkać się z pisarkami z NF, siedzieć na plaży i gapić się w morze, nad którym tak dobrze w zeszłym roku jakiś czas się mieszkało. Planuję Bałkany. Mój umysł wciąż znika pod falami pomysłów, wizji i emocji, wciąż go muszę wyławiać, żeby wracać na chwilę do świata. Mamy z realnym światem oschłe relacje. Nocami stalkuję przez teleskop Jowisza, Saturna, Marsa i Księżyc, robię karkołomne risercze kosmiczne i zaglądam wyobraźnią tam, gdzie jest to niemożliwe. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Jowisza ze swojego balkonu, popłakałam się. Dosięgnęłam kosmosu dwa kroki za progiem. Jowisz jest piękny, widać jego pasy, a jak kiedyś uda się dorwać mocniejsze soczewki, zobaczę "czerwoną plamę" - wieczną burzę. Może niedługo ujrzę też jakąś mgławicę. Ostatnio cyknęłam naszego przyjaciela przed pełnią:


A nawet Jowisza z księżycami galileuszowymi. Zoom mojego starego, obtłuczonego aparatu nadal mnie zaskakuje. Przeróżne nowe zdjęcia pojawiają się u mnie na fb lub fp.



Tutaj można przeczytać "Wszystkie śmierci Apolinarego", moje opowiadanie z marcowej NF.

Jak wydarzy się jeszcze coś literacko szałowego, nie omieszkam napisać.


środa, 28 lutego 2018

poniedziałek, 12 lutego 2018

Ściany i szczyty

Będę w kolejnej antologii. Z grupką NFowiczów.


Opka, do których napisania się zmusiłam, bazgrane na kolanie w kolejce w ZUSie, na seminarium doktoranckim itd. zgarniają laury. Jeśli chodzi o fantazmatowe, posiłkowałam się przykładem Kinga z Carrie – powplatałam w akcję raporty, książki i inne dziwactwa. Dałam też narrację z różnych perspektyw i, jak to ja, przegląd innych światów, odmiennych Ziem. Skroiłam na szybko wizję nowej obyczajowości, absurdalnych bohaterów i (mam nadzieję) zaoferowałam trochę humoru. Na moje oko spaprałam finał, ale tutaj wszystko mogło się nie udać. Przynajmniej jest spójny z całą wizją.
W tekście na Alpakę skorzystałam z uniwersum Openmindera i porządnie wykonałam kompletnie odmienną od fabuły książki historię.
Opowiadanie, które wysłałam do NF, wymagało poprawek, dlatego zebrałam w styczniu grupkę mądrych głów i dwa tygodnie mordowałam siebie i ich z betą. Odesłałam redaktorowi poprawioną, nieco rozbudowaną wersję i co? A, napiszę wam za tydzień, dwa ;) <tańczy czaczę>


Przetrwać produktywnie trudny okres. Jedyne rozwiązanie.


Ogłosiłam konkurs Jestem legendą. Załatwiłam wszystko, co było w moim zasięgu, na nagrody. A zasięg mam całkiem niezły. Łapcie więc i piszcie, nie dajcie się podłym nastrojom.


A co do nastrojów.
Czy ktoś potrafi odpowiedzieć na pytanie, po jaką cholerę Czapkins pchał się siedem razy na Nanga Parbat? A Ursula Le Guin chciała dotrzeć na fantastyczne szczyty? Nie znam odpowiedzi. Nie umiem też określić, dlaczego tak chcę być opowiadaczką światów. Ale kojarzy mi się to z uporem lepszych ode mnie.
Albo z głupotą. Bo może nie dorastam do pięt nawet tym spacerującym po pagórkach. 
A przecież głupotę już prezentowałam. Najpierw wybierałam durne ścieżki i niby-przewodników, zahipnotyzowana widokiem góry. Kręciłam się i kręciłam po stokach z gromadzonym sprzętem, aż tubylcy, noszący tytuł Prawdziwych Przewodników, zaprosili mnie na swój szlak. Mimo że miałam już kilka odmrożonych palców. I szliśmy sobie wesoło. Pokazywano mi kosmos w pigułce. Aż wydawało się, że możliwe jest wszystko.
No i potem ukazała się Ściana.
Dlatego teraz stoję pod nią i gapię się na szczyt. Wokół nic nie widać poza nim i Ścianą, wszędzie mgła. Przypomina mi to dzień, kiedy pierwszy raz wyszłam na bieszczadzką górkę – Smerek. Miały być ekstra widoki, a nie dostałam nic. Ale właśnie to zrobiło na mnie większe wrażenie niż skąpane w słońcu szczyty podczas kolejnych podejść. Mleczne płótno dla wyobrażeń.

Mówi się, że aktorzy porno mają we krwi swego rodzaju ekshibicjonizm. Może ja mam taki ekshibicjonizm umysłowy, kto to wie. Chodzi mi w życiu przecież głównie o istnienie opowieści, innych światów, jakbym nic nie miało znaczenia poza słowami i malowanymi nimi obrazami. 
Można doszukiwać się wielu powodów takiej sytuacji. Nie mają znaczenia. Nie do końca rozumiem, co mnie pcha na górę, mam tylko przypuszczenia. Ale, cokolwiek to jest, zdaje się cholernie dobre.

Stoję i gapię się na szczyt. Różni amatorzy wspinaczki do mnie podchodzą. Za nic nie odgadnę, czemu tylu ich do mnie przychodzi. Mówią: obejdźmy tę Ścianę tak. Albo tak. No chodź. Kręcę głową i nie odrywam wzroku od szczytu. Słucham tylko tych, którzy mówią: hej, ten lodowaty wiatr przejdzie i wleziesz tam, żeby odmrozić sobie nos. Chodź, zmalujemy coś fajnego w tym czasie.
Tak weszłam do ekipy Fantazmatów, żeby wspomóc powstanie licznych, zaplanowanych antologii i robię to, co od lat amatorsko czyniłam na fantastyce.pl  pracuję z fantastycznymi tekstami. Na tyle odpręża mnie to i satysfakcjonuje, że nawet rzecz, której nie znoszę – pisanie rozprawy doktorskiej – wydaje się odrobinę mniej uciążliwa.
Ale wolę robić wszystko inne. Nie znoszę pisaniny naukowej. Mój nauczyciel-redaktor w złotych radach Jak Przetrwać Wielki Weltschmerz polecił pisanie czegoś kolejnego  nowej książki – i fabuła pojawiła się w mojej głowie niemal natychmiast, przynosząc ulgę. Praca twórcza jest znacznie lepsza od odtwórczej. A niestety, rozprawa z filozofii, choćby eseistyczna, zawsze jest w dużej mierze pracą odtwórczą. Znam dziewczynę z doktoratem z chemii – ona to miała fajnie. Przynajmniej takiej skończonej humanistce jak mnie tak właśnie się wydaje. Badania, wyniki, analiza, synteza...


I tak to wygląda. Co jakiś czas podnoszę głowę znad swoich lub cudzych tekstów i patrzę na Ścianę. Hej, ściana jest normalna, mówi jedna z mądrych głów. Postoisz, zahartujesz się, to potem tam wskoczysz.
Tak łatwo nie będzie. Ale muszę przejść właśnie po tej Ścianie. Żadnej gry, żadnego odbijania piłki, czyż nie?
A potem wam o tym opowiem. Tak już mam. Tak już mają friki, które odmrażają sobie kończyny na zboczach marzeń. Wszystko albo nic.

Wiem, że oczekujecie raczej konkretów niż metafor, ale nie mam żadnych. Blog ma zaskakującą liczbę wyświetleń, dlatego chciałabym móc lecieć z konkretem za konkretem. Dam je za kilka tygodni.
Jednego można być pewnym. Jestem uparta i staram się patrzeć krytycznie. Filozofów szkoli się na krytyków całej rzeczywistości, nawet najprostszych spraw. Zwłaszcza siebie, bo bez nieustannej autokrytyki nie ma przełomowych myśli.
Zaliczyłam etap naiwnej grafomanki. Parę konkursów, antologii i książka w drodze to żaden wyznacznik rozpoczęcia nowego. Fakt, że wykonuję dobrą robotę, pracując z cudzymi tekstami, też nijak ma się do opowiadania swoich światów. Jak kiedyś rzekłam, wyobraźnia w pisaniu jest niezbędna, ale ubiera ją warsztat. Naga jest niema.
Tylko że potem, mając jedno i drugie, trzeba stać się czarodziejem, królem zaklęć, który je połączy.
A ja nie jestem królową niczego, chyba że prób i błędów. I nadal jestem sześciolatką.


Wiecie, jak to zawsze wyglądało na urbexach, kiedy jeszcze miałam większą urbexową ekipę? Jeden z moich przyjaciół zawsze na mnie uważał. Kiedy stałam przed jakąś wyrwą, płotem, przepaścią, kiedy trzeba było się wspiąć po trudnym terenie, czekał na mnie z wyciągniętą ręką, aż przestałam wgapiać się w przeszkodę i ją pokonałam. Zawsze po namyśle, zawsze po pełnym pesymizmu wahaniu, ale nigdy nie było tak, żebym nie zrobiła tego kroku albo skoku. Przyjaciel wiedział, że sobie poradzę – czekał, żebym wiedziała, że w to wierzy. I to wszystko ułatwiało.
Kiedy patrzę na Ścianę, widzę we wspomnieniach ściany z oblezioną farbą. Widzę, jak dziesiątki razy przechodzę przez bramki dozymetryczne i wspinam się na budynki Prypeci. Ledwo przeżywam tamtejszą dietę i łażę po Czarnobylu zgięta w pół, bo moje krzyże nie wytrzymują całych dni marszu i obwieszania się sprzętem fotograficznym. Dygoczę, gdy wspinam się na Dugą. Ale robię to. Co mnie pcha? Głupota, szaleństwo? Czy coś cholernie dobrego?
Właściwie, wszystko jedno. Liczy się efekt. Zdjęcia. Opowieści. Historie ludzi, którzy to widzieli. Świadectwo, które można uwiecznić, przetworzyć, uczynić esencją nowych światów.


Jestem przywiązana do jednego i tego samego. Próbuję być w jednym i tym samym coraz lepsza, iść dalej, wymyślać kolejne wyprawy. To nie jest przyjemne, to przerażające. Po co ryzykować? Po co pielęgnować ośli upór? Po co wspinać się siedem razy na niezdobytą górę?
Stoję i oglądam Ścianę. Nikt nie wyciąga do mnie ręki ze szczytu. Ale to bez znaczenia. Być może nie jestem już taka jak kiedyś. Nie jestem też w żadnym razie dokończona. Jestem w drodze, a ta góra to dopiero jedna z pierwszych. To nie Naga Góra.


Jak widać, lubię pogawędzić, zwłaszcza automotywacyjne, nawiedzone monologi, publikowane z nadzieją, że komukolwiek się przydadzą albo chociaż kogoś rozbawią. Podoba mi się zdanie z Talizmanu Kinga – "Wszystko, czego nie mógł wyrazić, przygniatało go". Niewypowiedziane jest trucicielem, sprawdziłam na swojej skórze. No więc gadam. Umysłowe porno. Obawiam się milczenia. Coś w środku mówi: przestań już się błaźnić, przestań się wydurniać. Ale to nieustanne gadanie i opowiadanie sprawia, że jestem zdrowa. Produkuję, opowiadam, idę dalej. Nic nie gnije w środku.

No dobra, autoterapii dość, może dla odmiany cokolwiek przydatnego?

Dokańczając moje lożańskie obowiązki, przeczytałam ostatnio sporo tekstów. Zwracałam w nich głównie uwagę na traktowanie po macoszemu świata przedstawionego oraz przerysowanych bohaterów. Niektórzy piszący zdają się być pod wpływem konieczności skonstruowania bohatera totalnego lub fabuły tak dokładnie biegnącej po ich myśli, że wszystko inne to tylko marionetki pod dyktando.
Sama to wielokrotnie robiłam. Więc teraz dla odmiany napiszę, co sobie wyobrażam na temat uniknięcia błędów przy konstruowaniu fantastycznych opowieści. Należy jednak pamiętać, że moje wyobrażenia i doświadczenia są relatywne.

Kilka uwag o świecie:
– niech będzie stale obecny, ale nie w infodumpowych blokach tekstu,
– niech objawia się płynnie poprzez opisy, dialogi, sytuację bohaterów, insynuacje, wskazówki, skojarzenia, symbole, atmosferę, język,
– niech przedstawia konsekwentną wizję, z uwzględnianiem przynajmniej większości jej konsekwencji,
– większość nibyświatów opiera się na prawach realnego; trzeba o tym pamiętać albo, jeśli się z nich zrezygnuje, logicznie i spójnie zbudować nowe prawa,
– trzeba wyjaśniać zjawiska; coś nie może się dziać tylko dlatego, że tak chce autor,
jeżeli to fantastyka naukowa, pasuje mocno baczyć na fakty naukowe dotyczące zjawisk, które się konstruuje; bzdury wyssane z palca to nie fantastyka, to grafomania,
– mana niezbędna do magii musi się skądś brać,
– w horrorze atmosfera zagrożenia nie jest tworzona przez określenia straszliwe, przerażające, szaleńcze, złowrogie itd.; trzeba sprawić, by czytelnik się tak poczuł, a nie wmawiać mu, że tak jest.

Kilka uwag o bohaterze:
– nie powinien być marysujką (pozdrawiam kilku drogich NFowiczów, którzy nie znoszą, gdy tak nazywam Mary Sue) ani Larry Stu, no chyba że wasz zamysł to idealizacja i przerysowanie; dobrze jednak złamać sztampowe cechy, bawić się nimi, jeśli już,
– jeśli to musi być bohater totalny, wokół którego kręci się wszystko, dobrze nie określać go jednoznacznie, dawać zagadki, pozwalać mu znikać, zaskakiwać czytelnika, wzbudzać nim w innych bohaterach różnorakie emocje,
– bohater nie jest marionetką autora ani nim samym, konieczne jest uwolnienie go, pozwolenie mu na własne zachowania, nawet jeśli autorowi nie leżą, nawet jeśli bohatera nie lubi,
– postać to jej przeszłość, teraźniejszość i przyszłość; żadnym nie można zanudzać, dobrze jest to przeplatać, intrygować czytelnika zarówno akcją, jak i wspomnieniami czy dążeniami.

Okej. Zamykam się już.

środa, 17 stycznia 2018

wielki weltschmerz debiutanta

Najpierw radosna nowina: zajęłam siódme miejsce w Fantazmatach i mój tekst znajdzie się w jesiennej antologii. Jestem też w tamtejszej zakładce Autorzy.



Opko było eksperymentalne i ryzykowne, a jednak okazało się lepsze w rankingu od ponad stu pięćdziesięciu innych. Mamy kilka osób z portalu NF zaproszonych do antologii i 5/11 laureatów konkursu. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy warto się na fantastyce.pl uczyć, to po Dobro złem czyń, X, Fantazmatach powinien przestać.


A teraz sprawy mniej przyjemne.


Na blogu głównym napisałam:

Uwolnijcie mnie, o wszyscy, którzy macie wobec mojej jasnej strony oczekiwania! Oto będę kroczyć ciemną drogą prawdy. Żadnego bycia autorytetem. Żadnych miłych uśmiechów, żadnych miałkich dysput, żadnego bycia w samorządach, radach, cholernych Lożach, żadnego zaspokajania ciekawości i rozdawnictwa poświęcenia. Czysta krystalizacja esencji. Przestańmy kłamać, panie i panowie, przestańmy już udawać własne surogaty. Żadnej gry, żadnego odbijania piłki.

I myślę, że powinnam być słowna. Również w przypadku Dzikiej Książki.

Wszystko, co tu piszę, wygląda bardzo ładnie. Trochę jak życie rodzinne w telewizyjnych serialach. Nie kłamię, nie mówię też jednak całej prawdy. Cała prawda wiąże się bowiem z przyznaniem do negatywnych uczuć.

Napisałam Openmindera w 2015 roku. Zgodnie z projektem, w kilka miesięcy. Chciały go niemal od razu dwa wydawnictwa. Wymagał później sporo mojej pracy i dostał mnóstwo wsparcia od niejednego redaktora i recenzenta. Ode mnie, gdy poprawiałam tekst, dopisywałam, usuwałam, uczyłam się, spełniałam życzenia opiekunów. Wypadły jedne podrozdziały, pojawiły się inne; powołany świat jest w mojej głowie tak spójny i konsekwentny (mimo że właściwie stanowi okrutny żart), że raczej nie mam problemu z mnożeniem w nim scen. Chwalono moje uniwersum, styl, chwalono współpracę ze mną, widziałam recenzje, o których nawet nie marzyłam, w których odbiorca sygnalizował, że widzi to, co chciałam mu pokazać, i to robi wrażenie.

Ale proces wydawniczy rozwlókł się tak, że mamy już 2018 rok, a książka dalej nie wyszła.

Znam przynajmniej część powodów, w związku z którymi to tyle trwa. Nie wszystkie rozumiem - na przykład nie wiem, dlaczego sytuacja na rynku fantastyki jest coraz gorsza. Ale potrafię sobie wyobrazić, że tak właśnie jest - całe życie chcę pisać fantastykę, a kiedy mają mnie wydać, rynek umiera. To by do mnie pasowało.
Widzicie, jaki mam fantastyczny nastrój?
W wielu sprawach ekipa z wydawnictwa chodzi mi na rękę i pomaga. Nie jestem pępkiem świata i nigdy się za niego nie uważałam. Dlatego zazwyczaj staram się, że tak powiem, nie naprzykrzać, bo to są fajni ludzie, profesjonaliści z kupą roboty.

Ale przepełnia mnie mieszanka frustracji, zwietrzałej cierpliwości, tysięcy prób racjonalizowania sytuacji i tłumaczenia sobie, że wielu czeka dłużej. Spłynęły do mnie przez te lata opinie, dzięki którym serce mi rosło, ale czuję się tak, jakby pogłębiał się pożerający mnie solipsyzm. No przecież to tylko słowa dwóch wydawców, recenzentów, redaktorów, betaczytaczy - zadowolenie jak i znacznie cenniejsza krytyka, dzięki której sporo technicznych potknięć zniknęło, a moja rzemieślnicza samoświadomość wzrosła. To jednak niewielkie grono: ja i kilka osób, które miały kontakt z tekstem. Człowiek chce pisać dla większej liczby ludzi. Chce się sprawdzić. Chce porównać oczekiwania, nadzieje i lęki z rzeczywistością. Ostatnio czytałam w jakimś wywiadzie z pisarzem, że w jego przypadku pisanie wiąże się z podekscytowaniem.
Niespecjalnie pamiętam, co to jest podekscytowanie.

Znam sporo pisarzy i pisarek fantastycznych, redaktorów, mam ich w znajomych na fejsie, przebywam z nimi na portalu. Widzę sukcesy Marty Krajewskiej czy Jacka Łukawskiego - ludzi, w których gronie znalazłam się w artykule w 2016 roku w Nowej Fantastyce, gdy Krzysztof Piasek zapowiadał mój debiut. Na 2017 rok. Bo wtedy się na to zanosiło. Ale 2017 okazał się rokiem pod znakiem kryzysu. Nie znam się na wydawaniu ani debiutach, ale potrafię sobie wyobrazić, że kryzys na rynku wydawniczym przeszkadza w całej masie rzeczy, w tym w wypromowaniu debiutanta. No i nic to, redakcja trochę trwała, potem po recenzji dopisałam coś jeszcze, strzeliłam propozycję okładki, ilustracje, doszło mi drugie nazwisko, bla bla - spoko, można rzec, pracy nad tekstem nigdy dość. Ale wiecie, to mówi ten sztywny jakby kij połknął anioł na prawym ramieniu, a z lewego dmucha we mnie żarem rozjuszony demon. Pytanie: co z tą twoją książką? jest nieskończone. I nie mam co odpowiedzieć.

Nie siedziałam przez te lata bezczynnie. Wyprodukowałam masę tekstów i nową książkę, na pół miliona znaków, multiuniwersum. Hybrydę, bo i fantasy, i space opera, i romans, i postapo. Lubię ją bardziej od Openmindera, ale to kompletnie różne historie, nie porównuję ich. Niemniej poszłam do przodu, w kolejne historie, rozwinęłam się, rozwijam dalej - a moja książka sprzed prawie trzech lat nadal nabiera powietrza przed skokiem do wody. A ta nowa? Pół roku mija, a ja nie znam recenzji. Mijają lata, a ja piszę dla duchów i nic nie zarabiam. No to po co to wszystko?

Ja wiem, po co. Dla was, dla mnie. Dla tworzenia światów. Dla marzeń. I ja to wywalczę. Choć prawdopodobnie zmienię się przy tym w jakieś upiorzysko, do którego trzeba będzie wezwać wiedźmina.

Ale czasem człowiek myśli, że popełnił błąd i trzeba się zająć w życiu czymś innym. Bo wiecie, ja zawsze chciałam zajmować się pisaniem tej cholernej fantastyki. Gdy miałam sześć lat już wiedziałam, że to TO. Nie utrzymałabym się najpewniej tylko z tego, ale z tego również bym chciała. Dwa lata czekam na pracę, na którą podpisałam umowę. Czy to dużo? Ludzie czekają dłużej i czasem nie doczekują się nigdy. Wszyscy z branży mi mówią, że to nic dziwnego, że debiutant długo "śpi". Jeden pisarz mówił mi ledwie wczoraj: ciesz się, że nie wydajesz tu i tu, bo byś dłużej czekała. Fajnie, cieszę się jak cholera. I tak sobie mówię, że wielu pisarzy miało sto razy gorzej, a już zwłaszcza pisarki - nie wiem już, ile tragicznych życiorysów przerobiłam przy pisaniu doktoratu, ale jakby je wszystkie zebrać i przeczytać naraz, depresja murowana. Albo dystymia.

Chciałoby się tu puścić soczystą litanię przekleństw, ale wam daruję.

Rynek rynkiem, a ludzie debiutują. Wydają dalej. Ja nadal nie. Sami wiecie, że najgorsze jest czekanie. W kolejce, przed rozmową kwalifikacyjną, przed występem, przed operacją. Jak już jesteś TAM, to wszystko mija.

Jak patrzę na nową knigę albo moje dyplomy czy kolejne sukcesy naukowo-artystyczne, to wydaje mi się, że nie wiem, o kim mowa. Ja to zrobiłam? Serio, chciało mi się? No to chyba mam nie po kolei w głowie. Można było w tym czasie iść zarobić przyzwoite pieniądze. A po pracy leżeć do góry brzuchem.
Jak piszesz teksty, to zawsze jesteś w pracy. Trzeba się uczyć odpoczywać.
Powiedziałam ostatnio do kogoś z uczelni, że mi się nie chce czegoś pisać. I że nie będę. Serio, tyle mi się skumulowało obrzydlistw w związku z pisaniem różnych rzeczy, że mi się odechciewa. I ta osoba nagle stwierdziła, że to jej wina, bo za mało docenia moją pracę i to, jak niezwykłą jestem osobą. Co za bzdety. Chcecie mnie utrzymać przy czymś, na co mnie namawiacie, ludzie, to dbajcie, żeby mi się chciało. Nie podlizywaniem się. Torujcie mi drogę. Bo to wy macie łopaty w rękach i obiecujecie mi śliczne ścieżki, a potem rozkładacie ręce, bo zamiast ziemi natrafiacie na kamień. Ja mam długopis. Wywiązuję się z umów, terminów. Nie będę długopisem dziabać w skałę, bo jestem tu od czego innego. Wcale syzyfowej pracy nie potrzebuję. 

Na szczęście jestem bardzo zdyscyplinowaną osobą, która zawsze znajdzie sobie robotę, żeby odepchnąć czarne myśli. Rozpraszają je drobne sukcesy - jakiś wygrany konkurs, antologia, publikacja, hobby, relacje z ludźmi, podróże. Ale one nie mijają. Pisanie doktoratu, który może być naprawdę interesującym, potrzebnym tekstem, to ogromny wysiłek krytyczny i empatyczny, ponieważ bazgrzę o sprawach trudnych, przygnębiających i niepopularnych, żeby nie powiedzieć, że w tym kraju zupełnie nieznanych. Nie chce mi się opisywać kłód rzucanych mi pod nogi, bo szkoda w ogóle poświęcać temu uwagę. Ja nigdy nie chciałam mieć tytułu doktora. Bawią mnie tytuły. Mogłabym to rzucić i nawet powieka by mi nie zadrżała. Namówiono mnie, bo zobaczono we mnie potencjał. Jak w paru innych sprawach. A ja lubię go pragmatycznie wykorzystywać. Ale mam nieodparte wrażenie, że jest jedynie atakowany przez różne instytucje, które chcą pić z niego krew. Widzimy w tobie potencjał, więc nawiąż z nami współpracę, bardzo prosimy, a my spróbujemy go zamordować. Hej, po co ci on? Bez niego będzie ci lżej.
Schopenhauer powiedziałby w tej chwili: a nie mówiłem? 

Tyle że ja, nawet makabrycznie zmęczona, tylko się na to kąśliwie uśmiecham. Ataki są bezskuteczne. Mnie nie można pokonać. Nawet ja siebie nie pokonam. Przetrwam doktorat albo zrezygnuję bez żalu, przetrwam niekończący się proces wydawniczy, przetrwam zniechęcenie, a nawet przetrwałabym z karaluchami wojnę nuklearną. Bo mam swoje światy. Ostatnio stwierdziłam, że gdy umrę, na pewno w nie odejdę. Możecie się śmiać. Mnie też często bawią cudze zabobony.
Kojarzycie Sekretne życie Waltera Mitty? Gość poluje z aparatem na śnieżną panterę, ale gdy ją widzi, nie robi zdjęcia. Tak ja nigdy nie wypowiem pewnych wizji. Masę pozostałych, od kilku lat zawsze (dla was, odbiorców) jak najbardziej dopracowanych, rozdaję chętnie. Chcę wam pokazać Openmindera. Pokazać wam tę wizję i słuchać krytyki. Szkolić się (znowu dla was, odbiorców) poprzez odbiór, bo tak uczyłam się pisać opowiadania na portalu NF. Nie ma dla mnie lepszej nauki. A nauka jest niezbędna, bo wyobraźnia to ledwie zarzewie. I nie byłabym człowiekiem, gdybym nie chciała czasem ponarzekać i rzucać czymś w ściany, skoro to tyle trwa. W ciągu okresu, w jaki czekam na Openmindera, wydarzyło się dodatkowo coś, co naoliwiło wszystkie mechanizmy rozpaczy i zniechęcenia. Żyje we mnie demon; karmiony latami nauki filozofii i obserwacji rzeczywistości, a także śmiercią, jest wielkim przyjacielem i wrogiem w jednym, którego cień przesłania czasem słońce. Ale bratam się z nim. Bo mam o czym pisać. Bez równowagi pod postacią kryształowego serca i płonącego demona nie napisałabym nic. A gdy mechanizmy rozpaczy i zniechęcenia zostały podrasowane, to samo stało się z mechanizmami obronnymi. Wszystko, co się dzieje, czyni mnie lepszym człowiekiem. Bardziej świadomym. Więcej przeżywającym. Cwańszym. Tyle że zmęczonym.

No, to się pożaliłam. Jestem zmęczona, ludzie. Jak jaskółka w deszczu. Czekam na słońce. Jestem nadwrażliwa, mam w głowie kawałki szkła. Niełatwo utrzymać nadwrażliwca w dobrym stanie. A ja to codziennie z powodzeniem robię. Mimo tego, jak wszystko jest rozwlekłe. Jak guma do żucia, przeciągnięta od jednego słupa do drugiego. Czekanie sprawia, że słodycz zmienia się w gorycz. Nawet jeśli to dobre czekanie, potrzebne i w ogóle. Nawet jeśli wszystko dzieje się zawsze w najlepszym z możliwych momentów. To jestem jeszcze w tym wszystkim ja. Ja, która zawsze na coś czekam. Sześciolatka z jednym pragnieniem.
Chociaż tyle, że wolę gorycz od słodyczy. Sok do piwa to zbrodnia ;)

Dlatego przestałam być miła. Przestałam być spolegliwa. Po prostu mi się już nie chce. Rzeczywisty świat nic mi nie jest winien. Ani ja jemu. Możemy iść na solo.
Chodź i przegraj, maleńki.

*
Dorzucam na koniec lineczek do mojego tekstu, który Nowa Fantastyka udostępniła nawet na fp. NF to zawsze człowieka pocieszy.


poniedziałek, 4 grudnia 2017

Czekanina i pisanina

Co tam u mnie? Masa roboty.

Dopisałam jeszcze coś do Openmindera, żeby rozwinąć kilka wątków. Poleciał do kolejnego redaktora, ale to już ostatnie poprawki.
Przełamałam się i uparłam, żeby napisać opowiadania na Fantazmaty, Alpakę i na propozycję do NF. Nie dałam rady napisać tekstu na konkurs im. Kwiatkowskiej - nie jestem maszyną ;< Połowę fantazmatowego opka naskrobałam w kolejce w ZUSie, a połowę nfowego na seminarium doktoranckim. Mój mózg dostaje zadanie i niezmordowanie kreuje. Wszystkie teksty zdążyłam wielokrotnie poprawić, dwa odleżały akceptowalny czas. Czy wyszło mi coś dobrego? Zobaczymy.

Nowa książka nadal jest u recenzentów, już cztery miesiące. Zdążyła za to wrócić od zadowolonego betaczytacza, który podzielił się ze mną mnóstwem trafnych uwag krytycznych. Fantastyczną informacją jest, że uznał to multiuniwersum za oryginalne. I polubił całą masę bohaterów, a podobna ilość go zirytowała.

Udało mi się wrócić do pisaniny naukowej i rozluźnić nieco dysertację doktorską, dodając nowy rozdział. X razy prolonguję opasłe filozoficzno-feministyczne tomy. Nabiegałam się z papierami do stypendium. Mój przewód doktorski jest już otwierany (ludzie, ile dokumentów trzeba złożyć...). Toczę ten głaz pod górę.

Zrezygnowałam z wszelkich funkcji na moim ulubionym portalu. Rok siedzenia na zupełnie zbędnym mi stołku i obserwowania pewnych spraw to wystarczająco długi czas, by nigdy więcej nie pozwolić użytkownikom wkręcić się w taką rzecz. Jako szara użytkowniczka znów odzyskam radość z uczestnictwa w tej społeczności, z dala od hierarchizacji, ograniczeń i roszczeń, które to, jak niektórym mylnie się wydaje, można by mi narzucić ;D Ten rok obfituje w moje akty buntu wobec systemów, tradycji i konwencji tak w życiu prywatnym, naukowym, jak i artystycznym, i dzięki temu czuję się świetnie. Zbieram też owoce pracy o zupełnie nowej jakości. Obym w 2018 roku mogła wam je wreszcie nieustannie prezentować.


Podrzucam moją pocztówkę z konkursu "Pocztówka ze słonecznego Mordoru":

















Podaję też link do mojego artykułu o feminizmie chrześcijańskim, który właśnie ukazał się w międzynarodowym periodyku naukowym.

Napisałam parę tekstów publicystycznych, które podesłałam na kilka portali, szukając dorywczego zajęcia - gry, filmy, feminizm, życie. Zobaczymy czy coś z tego wyniknie. Wróciłam też do poezji i szykuję się na konkursy poetyckie. Jeśli chodzicie do Biedry, widzieliście pewnie ostatnio płótna i farby. Nakupowałam sprzętu, zamówię terpentynę i przez święta na pewno coś nowego namaluję :)

Z aktualności tyle. Pracowitych urlopów świątecznych ;)

piątek, 18 sierpnia 2017

Postępy i finisze

Dostałam nową, wewnętrzną recenzję Openmindera - pozytywną, z paroma udoskonalającymi uwagami. Widziałam też wstępny skład, bomba. Oby dzieliło mnie od premiery tej knigi tylko te kilka zapowiedzianych miesięcy i nic już nie stanęło na przeszkodzie. Nie żałuję, że muszę czekać - skończyłam książkę, z której screeny ostatnio wklejałam, wyszło prawie 500 tysięcy znaków, poleciała do betujących i wydawnictwa.



Gryzę się w język, żeby nic o niej nie napisać - nie znam jej losu, nie znam jeszcze żadnej opinii, więc subiektywne odczucia muszę zachować do czasu porównania ich z odczuciami innych. Niestety nie uniknęłam tego, że nowa książka wiele dla mnie znaczy. Bohaterowie wiele dla mnie znaczą. No nic, zobaczymy. W czekaniu jestem już jak mistrz zen. Zresztą, co ja będę rozgadywać się o nowym tekście, jak na półce nie ma jeszcze Openmindera - książki, którą absurdalnie mogę nazywać starą.
A skoro już mowa o czekaniu latami na publikację...


Jest już (po dwóch latach od konkursu) link do antologii "X" CF, w której znalazł się mój tekst "Głos światów albo kołysanka satelitów".

W moim konkursie na NF padły trzy pióra ;D Polecam te opowiadania gorąco.


Całkowicie zaprzestałam pisania krótkich form, nic, tylko książki i książki. Znajomy pytał ostatnio, czemu nikt mu nie powiedział, że pisanie powieści jest takie nudne. Uważam (w swoim jakże znikomym doświadczeniu, ale jednak), że owo słowo tak trafnie opisuje katorżnicze znużenie, towarzyszące płodzeniu powieści, jak określenie "ciepło" oddaje temperaturę powierzchni Słońca. Pisanie ostatniej knigi wykończyło mnie psychicznie w takim stopniu, że przed wyjazdem na wakacje zarwałam kilka nocy, byleby tylko skończyć to cholerstwo, wysłać gdzie trzeba i zaznać świętego spokoju. Inaczej nie odpoczęłabym na urlopie. Powieść wysysała ze mnie soki życiowe, zabierała moce, którymi można by obdarzyć masę innych zajęć, jak choćby dysertację doktorską, opowiadania na konkursy, podjęcie dorywczej pracy. Jednocześnie nieskończenie nudziła, zwłaszcza mnie, która próbuje perfekcyjnie ominąć wszelkie wpadki fabularne, powtórzenia, potknięcia, która czyta bez końca rozdziały i części od nowa. Rzemieślnicza robota, jak szlifowanie ostrza, w dół i w górę, w dół i w górę, godzinami, tygodniami, miesiącami. Pomysły wychodzą w konwulsjach i są wplatane w już istniejącą całość przez poranione palce, wszędzie krew, dobijcie mnie, a do końca zawsze wydaje się potwornie daleko.
Ale kiedy już posłałam książkę do odpowiednich osób i wyruszyłam w podróż po całym naszym wybrzeżu, kiedy kładłam się na pustych plażach (są takie, trzeba umieć szukać), na białym piasku i rozmyślałam o fabule, o bohaterach, a nawet o początku kolejnego tomu, zawładnęło mną zadowolenie. Ze straty i bólu uczyniłam coś pragmatycznego - opowieść z pogranicza fantasy, SF, horroru i romansu. Kupiłam tak pomarańczowe dmuchane koło, że świeciło z daleka, rozwalałam się na falach morza i spijałam pozytywną energię ze swoich myśli. Nie sposób nie zauważyć własnego rozwoju, tego, że w czymś jest się sprawniejszym. Pisanie idzie mi lepiej niż kiedyś i wiem to, patrząc na swoje owoce pracy. Jednak fakt ów w żaden sposób nie decyduje, czy książka zostanie uznana za dobrą. Powołałam świat do istnienia i nie wiadomo, czy ktoś poza mną może tam zamieszkać. Nigdy tego nie wiesz, póki nie spłyną opinie. Od Kostrzyna nad Odrą przez wyspę Wolin po Hel, gapiłam się na słoneczne krajobrazy, mieszkając pod namiotem, w hotelach, bungalowach, wolnych pokojach w domach uczynnych starowinek, robiąc z samochodu przewoźny dom i wierzyłam, że moje światy mogą żyć poza moją głową, bo ciężko na to pracuję. Najwyżej ta wiara roztrzaska się o mur realizmu. Przynajmniej wakacje były świetne.

Muszę wrócić do pracy naukowej. Na samą myśl robi mi się słabo. Ostatnio dostałam plik z drobnymi poprawkami od native speakera z czasopisma o międzynarodowym zasięgu, w którym opublikują mój artykuł o kolejnej wersji feminizmu. Spojrzałam na tekst i pomyślałam: borze iglasty, kiedy ja to napisałam? Jakim cudem mi się chciało? Te wszystkie źródła, przypisy, język naukowy? Kompletnie zerwałam na kilka miesięcy z tym światem i w wakacyjnym, morderczym słońcu trudno wymyślić, jak do niego wrócić. Jeśli pisanie powieści jest nudne, pisanie prac dyplomowych to w takim razie powolna agonia ;) Zwłaszcza, jeśli trwa to cztery lata, jak doktorat. Ale spełnienie, och tak, spełnienie na finiszu jest warte wysiłku. To zawsze pomaga stawiać kolejne kroki. Nie ważne, o co chodzi. Zawsze dziwiłam się ludziom, którzy nie doprowadzają spraw do końca. Ale myślę, że oni po prostu nigdy nie finiszowali. Tak, żeby zwyciężyć (czasem zwycięża się, rezygnując z czegoś, ale to specyficzne przypadki). A zwycięstwa zmieniają wszystko, zwłaszcza gdy kwitną w towarzystwie masy porażek. Oby więc czekały mnie kolejne zwycięstwa, nadal w towarzystwie porażek, bo tylko na ich tle wygrane są takie piękne. Mam nadzieję, że czekają też was.

sobota, 8 lipca 2017

aktywatory


Co z Openminderem?
Podesłałam grafiki i propozycję okładki wydawnictwu. Swego czasu pisano mi, że niedługo pojawi się wstępny skład, a na dniach dostałam informację, że planowana data premiery to początek 2018. 
Co ma wisieć, nie utonie, i tak dalej, cierpliwie czekam. Różne rzeczy dzieją się na rynku, a debiuty to specyficzna sprawa. Czas oczekiwania staram się spędzać jak najbardziej pragmatycznie, a więc:


Jeszcze ostatnie podrozdziały, które spisałam na brudno w Bieszczadach, i koniec drugiej książki! To coś zupełnie innego niż Openminder. Mam już nawet zadeklarowanych betujących, i to takich, że sami chcielibyście podobne grono ;)

Zorganizowany przeze mnie konkurs na fantastyce.pl skończył się stuprocentową frekwencją w tamtejszej Bibliotece, a sześć na dziesięć opowiadań zostało nominowanych do piórka (jak na razie jedno piórko przyznane, zgarnął mój konkursowy faworyt, a podejrzewam, że na tym nie koniec). Najwyraźniej potrafię zmobilizować towarzystwo do dobrej roboty. Mega satysfakcja.

W maju i w czerwcu brałam udział w dwóch konferencjach zorganizowanych przez Facta Ficta, o narracjach fantastycznych i dyskursach gier wideo. Poznałam przesympatycznych ludzi, którzy wydają mnie w antologii "X", udało mi się przetrwać własne wystąpienia (bohater kobiecy i dekonstrukcja tradycyjnych ról w książkach fantastycznych i w grach). Nawet podobało się słuchaczom! Niestety bądź stety, na konferencjach głównie czytam swoje referaty, bo znacznie lepiej piszę niż mówię. Staram się jednak zawsze mieć do tego prezentację. Pytania przeważnie zbijają mnie z tropu. Jako filozofka najchętniej zadumałabym się nad pytaniem dziesięć minut, sprawdziła parę rzeczy w googlach, spisała i zredagowała wypowiedź, i dopiero bym jej udzieliła ;) Na jednej z tych konferencji słyszałam też doskonały wykład profesora Uniłowskiego o historii w wiedźmińskiej sadze, link.



Przyszło lato, wyjazdy, próby powrotu z najróżniejszych otchłani, w które spadałam przez ostatni czas. Szczerze - pracuje się źle. Oczywiście, na doktoracie wszystko pozaliczane, dostałam też deklarację, że mój kolejny artykuł naukowy, po angielsku, o feminizmie chrześcijańskim, trafi do druku w prestiżowym czasopiśmie. Ale doktoratu na razie nie piszę, a do dokończenia i szlifu książki zmuszam się z trudem. Najśmieszniejsze jest to, że im trudniej jest mi się zmusić, tym bardziej wpływa to na jakość książki. Fabuła książki jest w mojej głowie opracowana doskonale, niemal wszystko spisane na brudno. Ale gdy trzeba w tym katorżniczym znoju zrobić z tego właściwą wersję, jestem tak krytyczna i niechętna sobie, że muszę mocno się starać, żeby mi się podobało. Stałam się podobnie obrzydliwie krytyczna względem betowanych książek - kniga znajomej, którą uważałam za świetną, nie została zaakceptowana przez żadne wydawnictwo. Uznałam, że nie sprawdziłam się jako betująca, i teraz pod książką znajomego narzekam, narzekam, narzekam, pewnie ma mnie już dość, ale narzekam dalej. W ogóle przestałam przejmować się tym, żeby być miłą, żeby wiecznie wszystko dla innych, a dla siebie tyle co nic, tak samo żeby kłócić się z indywiduami w stylu mizoginów czy innych sfrustrowańców. Niezła zabawa, obserwować napinkę wokół, która mnie nie dotyka. Autorytety, konwenanse, oczekiwania, bla, bla, bla. Jak sobie człowiek poluzuje linkę na szyi, którą mu społecznie zakładają (albo sam to robi), to się oddycha pełną piersią. Ktoś mądry mówił mi ostatnio, że oceniamy siebie przez pryzmat tego, jak widzą nas inni, dlatego tak strasznie się staramy, żeby nasz wizerunek był krystaliczny/buntowniczy/ekstrawagancki/olewczy i tak dalej. A gdyby tak zabawić się wykreowanym w cudzych oczach obrazem? Niedawno omal nie wybuchnęłam śmiechem, kiedy osoba, która wie, że jej nie znoszę, bo sobie na to zapracowała, została przeze mnie potraktowana z nienaganną uprzejmością. Oczy jej niemal wyszły z orbit, kompletna dezorientacja, parę razy nawet się zająknęła. Fajnie zabawić się, w granicach rozsądku i moralności, własnym obrazem w cudzych oczach. Od razu ze wszystkiego znika sztywność, nawet z form literackich. Znika absolutyzm, krzyż, do którego jesteśmy przybijani, gdy żyjemy między ludźmi. Och, co sobie pomyślą?! A kogo to obchodzi? Czuję się kreatywniejsza, gdy tak sobie żartuję z własnego mitu.

I w ten sposób trochę się męczę, a trochę "tańczę". Przez ostatnie pół roku sporo tańczyłam naprawdę, jazzu, hip hopu, baletowych ćwiczeń, bo w moim Domu Kultury zrobili świetne zajęcia. Naczytałam się też jak dzika mistrza Kinga i czytam dalej - odświeżam go po ponad dziesięciu latach, być może nawet piętnastu. Mam nadzieję, że czytając dobre książki, podobne jest się w stanie pisać ;)

Tyle na chwilę obecną. Podrzucam jeszcze parę uwag technicznych.
Skąd brać betujących? Ze środowiska, niech to będą piszący z sukcesami, niech to będą ludzie z redakcji czy wydawnictw, filolodzy, badacze, miłośnicy z wiedzą merytoryczną i tak dalej. Nie należy ufać ocenom bliskich i ocenom bezkrytycznie pozytywnym; oceny krytyczne i merytorycznie mieszające z błotem całość/fragmenty/elementy to największy skarb! Krąg betujących powiększa się dzięki wzajemności. Powiększa się także dzięki podwyższaniu jakości swoich tekstów. Czy betujesz, czy jesteś betowany, to zawsze cenna nauka i szlif! IMO warto poświęcać temu czas i warto czytać innych.

Rozbijaj bloki tekstu, nie szczędź didaskaliów, unikaj infodumpów, dbaj o jasny podmiot zdania, pilnuj powtórzeń, porównuj, odwołuj się do doświadczeń czytelnika.