sobota, 20 lutego 2016

Projekt sfinalizowany!

Ruszyła machina wydawnicza.

Podpisałam umowę z wydawnictwem Sine Qua Non. Otrzymałam zaliczkę. Czas na ciężką pracę.

Zapytacie: Czemu nie czekam na oferty/odpowiedzi innych wydawnictw?

1. Dostałam uczciwą, korzystną umowę, którą konsultowałam z prawnikiem. Znalazły się w niej wszystkie ważne zwroty i ustalenia (licencja, okres trwania, wynagrodzenie wraz z dokładnym rozplanowaniem wypłacania, podział obowiązków, zobowiązanie wydawcy itp.). 
2. Każdy, kogo pytałam, ma świetne zdanie o wydawnictwie SQN (pisarze, redaktorzy, znajomi, graficy, czytelnicy, a nawet konkurencja).
3. Wstrzeliłam się w nabór debiutantów. 
4. Debiutujący Jacek Łukawski, z którym pisałam przez stronę NF, ma doskonale zrobioną książkę. Możecie sobie wejść tutaj, kliknąć na fragment i obejrzeć powieść w środku. Jest piękna.
5. Wydawnictwo ma szerokie możliwości promocyjne i dystrybucyjne, świetnie zrobioną stronę, nieustannie aktualizowanego fanpejdża, patronuje dobrym przedsięwzięciom (np. jest patronem Smoko, jest związane z CF, NF).
6. Ma siedzibę w Krakowie, a Dzikus dzieje się właśnie w Mieście Królów.
7. Doświadczyłam perfekcyjnej, uprzejmej współpracy z wydawnictwem, które zareagowało najszybciej ze wszystkich.
8. Na co mam czekać? Dzikus się udał - propozycja wydawnicza, przygotowana w pół roku, zostanie wydana przez normalne wydawnictwo. I to jakie! Bardzo lubię szybkie, sprawne działanie oraz dobry kontakt ze współpracownikiem. Mam wszystko, czego bym tylko mogła sobie życzyć, więc dostarczę wam Dzikusa jak najszybciej i w jak najlepszej formie.

W imieniu Dzikiej Książki, wszystkim innym wydawnictwom mogę już podziękować.


Co teraz z blogiem? Czy to już koniec przygody z Dziką Książką?

Ależ skąd, to dopiero początek. Teraz dostaniecie ode mnie jeszcze więcej informacji o pisaniu, procesie wydawniczym, literaturze w ogóle, tworzeniu tekstów publicystycznych, naukowych, opowiadań, a nawet wierszy. We wszystkim tym nabywam i będę nabywać coraz więcej doświadczenia. Otrzymacie też na bieżąco każdą ciekawą/ważną informację, dotyczącą Dzikusa. Mój nieoceniony grafik pracuje już nad zrobieniem ładnego tła na bloga i fanpejdża, który z pewnością wkrótce ruszy. Zostańcie z Dziką Książką, a zaręczam, że podzielę się wszelką zdobytą wiedzą i doświadczeniem. 

Mam kilka pomysłów na promocję, zanim jeszcze książka pojawi się na rynku. Wydawnictwo z pewnością także ma swoje plany. Teraz będę poddawać wszelkie pomysły konsultacjom, ale notki na blogu pozostaną swobodne. Na tę chwilę wracam do pracy naukowej, póki proces wydawniczy się nie rozkręci. Mój artykuł o Lemie był "zbyt mało naukowy", przerobiłam więc go na publicystykę i posłałam do NF. Zaklinam się na Dzikusa, że nauczę się naukowego języka. Wiecie, co tam jest zmorą, pomijając bełkot złożony ze słów, których nikt normalny nie zna? Strona bierna. Koszmar. Wydaje mi się, że w beletrystyce strona bierna występuje sporadycznie. Za to bez strony biernej naukowość tekstu nie ma racji bytu. Poza tym, trzeba pilnować każdego zdania, żeby przypadkiem nawet jedno słowo nie wymknęło się z poprawnego szyku. Jeszcze "nie rzuca mi się to na łeb" - widzę same korzyści, ponieważ robię się potwornie uważnym korektorem. Ale przestrogę opiekunki, że praca naukowa może mnie w pewien sposób okaleczyć, mam cały czas na uwadze.

Na koniec kilka obalonych mitów. Mam nadzieję, że będzie ich znacznie więcej, gdy książka się ukaże. Tylko czytelnik może zweryfikować jej jakość.

1. Debiutantowi ciężko zaistnieć.
2. Przygoda ze współfinansowaniem przekreśla możliwość współpracy z normalnym wydawnictwem.
3. Wydawnictwa nie odpowiadają wcześniej, niż po okresie trzech miesięcy do pół roku.
4. Wydawcy nie pomagają autorom przed podpisaniem umowy.
5. Pół roku na przygotowanie propozycji wydawniczej to za mało.

Kim ja jestem, żeby obalać mity? Nikim szczególnym. Po prostu mam odwagę próbować.


sobota, 16 stycznia 2016

Dojrzały Dzikus i garść zwierzeń

Na wstępie potwierdzam: mój pierwszy tekst publicystyczny znajdziecie w lutowym Smokopolitanie. Jeśli nie wiecie, czym jest, już tłumaczę: to kwartalnik fantastyczny "od fanów dla fanów". Promuje młodych artystów. To darmowe czasopismo - jeżeli chcecie mieć drukowaną wersję, płacicie tylko za koszty wydruku. Teksty przechodzą solidną korektę i redakcję. Pismo ma poziom i potencjał, a przede wszystkim to świetna idea. Jeśli chcielibyście posłać tam tekst, proponuję jednak najpierw spróbować opublikować swoje twory na stronie NF (jeśli dotąd tego nie robiliście). Jestem oddaną bywalczynią strony fantastyka.pl. Pełno tam mądrych, dobrych ludzi, którzy nauczą, doradzą i zainspirują. Założyłam wątek "Lista wydawnictw zainteresowanych fantastyką". Macie tam aktualizowane na bieżąco i komentowane drogi do "sławy" ;)

Przejdźmy do Dzikusa.

Dzika Książka ma dziewięć miesięcy. Czy osiągnęła dojrzałość i może się narodzić?

Przypomnę po kolei, co się wydarzyło.

Dokładnie w połowie marca w mojej napchanej niepokornymi ideami głowie powstał projekt Dzikiej Książki. Zakładał napisanie pełnoprawnej powieści - wystarczająco ciekawa fabuła, poprawny język, objętość tekstu i spójność, by zostać wydanym w normalnym wydawnictwie (nie vanity press ani self-publishing). Czas: trzy miesiące na spisanie, szlif przez następne trzy. Łącznie pół roku na przygotowanie propozycji wydawniczej. Głównym powodem powstania projektu były nieustanne spory w środowisku literackim odnośnie tego, kto, jak i w jakim czasie może napisać książkę. Kto i po czym jest skreślony? Kto ma czas pisać? Jaka książka jest dobra? Kim jest pisarz? Dałam sobie szaleńczy termin, wzięłam moje niewielkie doświadczenie, nabytą wiedzę, chaotyczne inspiracje i wyszarpałam z siebie najpierw pomysł, a potem całą treść.
Starałam się z chaosu wątków i pomysłów wyłonić spójną i uporządkowaną historię. W trzy miesiące. Nie rzucając jednocześnie natłoku innych prac i zadań. Przy okazji miały zostać spełnione spontanicznie obierane cele, takie jak: 
- pisanie po "lewacku". Nie chodziło o politykę, a filozofię i granice poznania. Pan Ziemkiewicz uznał, że "dobre SF to prawe SF", czemu chciałam się sprzeciwić. Nie stawiajcie mnie od razu w świetle lewaka politycznego, ponieważ mam lewicowo-prawicowe poglądy.

Zatrzymajmy się przy tym na moment, by rozjaśnić różnicę między prawicą a lewicą w filozofii, ponieważ o nią tutaj się rozchodzi. Prawica to bóg, wiara, czucie, nadzieja pokładana w państwie jako instytucji poskramiającej złą naturę ludzką i pogląd, że wyznawca wiary jest rozsądniejszy od ateisty. Prawica uznaje podziały społeczne, ufa tradycji (nawet z czasem uznanej za szkodliwą), nie nowym teoriom. Jest niechętna zmianom. W dyskusji w kręgu fandomu doszliśmy do przekonania, że prawica wierzy także w skończoność Wszechświata, nieprzekraczalne granice nauki, jeden, ustalony model świata. Natomiast lewica to ufność w rozum, negacja wiary, uznanie człowieka za dobrego z natury, którego do zła skłaniają warunki otoczenia. Wzywanie do zmiany warunków życia i eliminacji powodów złych zachowań ludzi, takich jak nierówność czy bieda. Dla lewicy innowacje są korzystne, podobnie jak rezygnacja z przestarzałych zwyczajów. Lewica to nieskończoność Wszechświata, wielość modeli, siła nauki wciąż nieustannie przekraczającej i namnażającej rzeczywistość.

Wróćmy do punktów w Dzikusie.
- wątek eurosieroctwa (którego według Pana Pawlaka nie da się zawrzeć w SF, "bo po co?"), 
- smaczki postmodernistyczne (bo podobno nie ma w Polsce postmodernizmu).

Jak widać, próbowałam zaprzeczyć czy to stereotypom, czy też czyimś przekonaniom. Eksperyment był więc podjęciem licznych wyzwań.

Pisanie zajęło cztery i pół miesiąca, głównie przez to, że nagle zdecydowałam się dorzucić do treści dwieście tysięcy znaków. Półtorej miesiąca przypadło na szlif. Potem dwa tygodnie ustalania wydawnictw, tworzenia streszczenia, notki o autorze, planu postaci, ogólnego przeglądu książki. Wysyłka wydawnicza odbyła się na początku października. Przez październik i listopad zaglądałam do książki, zyskując dystans czasowy, dzięki czemu wyłapałam przegapione błędy logiczne, stylistyczne, interpunkcyjne i inne. W listopadzie Zysk i S-ka poprosiło o przysłanie wydruku dla recenzenta. Niedługo potem, zaledwie miesiąc po otrzymaniu tekstu odpisało krakowskie wydawnictwo (na podanie nazwy przyjdzie czas), okazując swoje zainteresowanie i zapowiadając przesłanie mi opinii recenzenta. Stanowi to nie lada fenomen - trzy miesiące to zwyczajowe minimum na zapoznanie się wydawcy z propozycją. Szybciej odpisują przeważnie tylko wydawnictwa self/vanity, obojętne na treść, nastawione na hajs. Najwyraźniej nie tylko GC przedstawia nową jakość na rynku normalnych wydawnictw.
(Znajomy napisał mi, że na propozycję przysłaną kilka dni temu do "krakowskiego wydawnictwa" otrzymał odpowiedź tego samego dnia. Książka wstępnie się podoba, więc idzie do recenzenta.)

Przez listopad i grudzień informowano mnie na bieżąco o wewnętrznych postępach rozpatrywania propozycji. Ja w tym czasie zebrałam informacje w fandomie i u znajomych, odnośnie omawianego wydawcy. Przed świętami otrzymałam wiadomość z opinią recenzenta, podkreślającą dobre i złe strony książki. Znalazłam w niej określenie mojej książki jako pękającej dystopii. Była wyraźnie pozytywna (dobry bohater, pomysł, styl, język, dobre dialogi), miała jednak zastrzeżenia, które musiałam wyeliminować (między innymi chaos, od którego nie udało mi się całkiem uwolnić, a także "znaczne wyzwanie dla czytelnika"). Życzliwie skierowano mnie do redaktorki po rady i pomoc. To kolejny fenomen - nie słyszałam dotąd, żeby randomowa osoba, z którą wydawnictwo nie podpisało umowy, dostawała redaktora do pomocy.
(Wspomniany znajomy napisał, że zwyczaj wspierania autorów istnieje w Polsce od pewnego czasu. Poza "krakowskim wydawnictwem" i GC, nie mam jeszcze takowych doświadczeń.)
Skorzystałam z profitu współpracy z redaktorką odnośnie scen walki, które należało poprawić, bo je przegadałam. Najważniejsza trafiła do redaktorki na poprawki.
Poza tym, całą książkę poprawiłam sama, według podanych wskazówek. Między innymi:
dodałam kilka scen akcji, 
zmniejszyłam ilość przemyśleń, 
zlikwidowałam średniki, bo utrudniają czytanie, 
ze zbyt długich zdań zrobiłam kilka,
podrasowałam zakończenie i zamieniłam nieciekawą scenę walki na lepszą,
zlikwidowałam dwa podrozdziały namnażające wątki, które spokojnie można przenieść do następnej części, 
postarałam się na początku każdego rozdziału/podrozdziału podać informację, gdzie i co się właśnie dzieje,
wyrzuciłam większość danych szczegółowych i część filozoficznych terminów,
zlikwidowałam zbędne określenia potoczne,
usunęłam większość pominiętych wcześniej błędów logicznych, stylistycznych, składniowych, interpunkcyjnych.

Wbrew pozorom, w książce na czterysta tysięcy znaków nie były to znaczące zmiany. Fabuła została nieznacznie zmieniona tylko w wątkach pobocznych. Zlikwidowałam kilkadziesiąt tysięcy znaków, ale niewiele mniej dopisałam. Nie ruszyłam historii bohaterów, kształtu świata, kolejności zdarzeń. Na początku stycznia, czyli po dwóch tygodniach od otrzymania wskazówek recenzenta, odesłałam poprawionego Dzikusa do wydawnictwa. Dostałam odpowiedź, że recenzent jest zadowolony. Teraz książkę otrzymała do czytania świeża osoba, która dotąd nie miała z nią styczności. Jak mi napisano: "może wpadnie jeszcze na jakiś pomysł".

Dzika Książka dojrzała i rozwinęła skrzydła dzięki pomocy wydawnictwa, które zareagowało trzy razy szybciej niż inne.
Nadal nie popadam w hurraoptymizm. Żadne decyzje nie zapadły. Nie napłynęła do mnie odpowiedź na propozycję z żadnego innego wydawnictwa. Mijają trzy miesiące. Czekam dalej.



Bardzo aktywnie czekam. Właściwie, padam na twarz. Zbliża się sesja, a ja zdążyłam już zapomnieć, jak to jest być na dwóch kierunkach.

Ostatnio zebrało mnie na podsumowanie. Podzielę się nim z wami, ponieważ uważam, że jestem przykładem permanentnego zarobienia.

Dwanaście lat szkoły i siedem lat studiów. Zaraz obronię czwarty dyplom, czwartą pracę. Zgarnęłam trochę nagród w konkursach poetyckich, prozatorskich i fotograficznych (zaliczyłam przy tym tyle porażek, że jedna nagroda przypada na jakieś dwadzieścia przegrań. Nie zniechęcajcie się porażkami, tylko uczcie się tworzyć lepsze rzeczy. I nieustannie próbujcie wygrać;) Zaraz opublikuję pierwszą publicystykę i pierwszy artykuł naukowy. Jestem na doktoracie. Mam dwadzieścia pięć lat. Zamiłowanie do czytania i pisania posiadam od czwartego, piątego roku życia. Młodość spędziłam w dużej mierze w bibliotekach i nad własną pisaniną.

Mimo to żaden ze mnie typ kujona czy nerda (poświęciłam na granie tysiące godzin życia - uważam, że książka rozwija umysł i wyobraźnię, ale fabularne gry komputerowe dodają do tego pewien wyjątkowy bonus). Zwiedziłam wiele miejsc i wielokrotnie ryzykowałam tak, jak tylko bardzo młody człowiek potrafi. Mnóstwo szczęścia sprzyjało mi przy uprawianiu urbexu, nocnych eskapadach, zagranicznych wyjazdach i ryzykownych wycieczkach, na które wypuszczałam się już jako mała dziewczynka. Miałam styczność z różnym środowiskiem. Podjęłam parę nieprzemyślanych decyzji tak, jak każdy. Nie wierzę tym, którzy postulują swoją nieomylność i idealność. Nie jestem idealna, ale zawsze starałam się postępować słusznie. Najważniejsze jest to, żeby się nie zniechęcać po potknięciach, tylko wyciągać z nich naukę.

Jak mówiłam, nie ufam nieskalanym autorytetom. Tym, którzy zawsze byli "święci", nie uczyli się na błędach, nie próbowali życia. Ale przyznaję im pewną rangę. Z tych, którzy nie zagłębiają się w bagno, nie każdy musi grzebać w nim palcem, żeby zrozumieć, że cuchnie.

Sporo czasu spędziłam nad śmierdzącymi sadzawkami, obserwując ludzi zatopionych w nich po szyję. Kontemplowałam wiele lat, co takiego znajdują w lepkiej brei. Czemu nie chcą się od tego uwolnić. Czemu, na przykład, są uzależnieni. Albo mają skrajne poglądy i wypełnia ich jad, którym próbują truć innych. Nienawidzą państwa lub jakiejś grupy społecznej. Obżerają się, nie dbają o siebie, o rodzinę. Marnują życie na żal, wstyd, gniew, strach. Czemu upokarzają innych, krzywdzą, piętnują, głoszą stereotypy. Brak im empatii, współczucia. Krążyłam po bagnach jak duch, nigdy nigdzie nie przynależąc. Zanurzałam palce jednej ręki w brei, w drugiej trzymając kolejną lekturę ze studiów. Platona, Kanta, Milla, Ingardena, Huntingtona. Do akademickiego środowiska też nigdy nie pasowałam. Nie jestem mówczynią, moja domena to słowo pisane. Nie stanowię także pokornej dziewczynki. Ale zawsze próbowałam pojąć wszystko i mieć każdego w poważaniu. Wszędzie wejść, znaleźć coś dla siebie i czas jakiś obstawać przy tym, bez zbytniej integracji z otoczeniem.

Na "medialną" pisarkę też się nie nadaję. Nienawidzę spotkań autorskich. Należy mnie zostawić w spokoju, wtedy jestem wydajna.

Szczerze mówiąc, nie lubię kontaktu z ludźmi, a już najbardziej nie znoszę styczności z głupotą. Bardzo dotykają mnie niesprawiedliwe osądy. Na przykład daje mi się we znaki wszechobecne wyzywanie feministek. Czy jest po co tłumaczyć, że każda pracująca, ucząca się i głosująca kobieta to feministka, bo feminizm to wyłącznie równouprawnienie i emancypacja kobiet? Że każdy demokrata to feminista? Że czyny kobiet robiących sobie zdjęcia z serdecznymi odezwami do emigrantów, nie mają nic wspólnego z feminizmem? Kobiety wstydzą się łatki feministki, chociaż to komplement. Boli mnie, że wielu Polaków zna tylko mowę nienawiści, stereotypy, wyzwiska, polityczne kłamstwa.

Przygnębia mnie styczność z ignorancją. Atakuje mnie przez nią poczucie niesprawiedliwości i gorzkie współczucie dla tych, których ta ignorancja krzywdzi. Piszę dla każdego, robię wielkie elaboraty na różne tematy dla wszystkich, którzy tylko zechcą czytać. Ale to nie znaczy, że mam ze wszystkimi żyć. Wolę nie mieć styczności z tłumem. Spotykać się tylko z otwartymi głowami. Rodzi się we mnie wtedy doskonały nastrój, szczęście i komfort życia. Wystarczy nie oglądać wiadomości, nie czytać nienawistnych wypowiedzi. A przy wychodzeniu z domu, na spotkanie z otwartymi głowami, mieć szczelnie zasłonięte uszy słuchawkami. I nie patrzeć wokół. Chyba że się przechodzi przez ulicę. Przepis na sukces. Żeby się porozglądać, najlepiej pójść na odludne łono natury albo do miejsc dawno przez ludzi porzuconych.

Po co o tym piszę? Bo nie ma wyłącznie utartych schematów. Nie ma dróg tylko dla "nieskalanych" i geniuszy, radzących sobie ze wszystkim. Nie ma dróg wyłącznie dla internetowych i telewizyjnych krzykaczy. Nie musicie też pisać lekkich historii ku uciesze. Dla mnie literatura jest czymś więcej. Budowniczym świadomości, wiedzy, wyobraźni, zrozumienia. Możecie być dziwakami i jednocześnie odwalać kawał dobrej roboty. Nie bójcie się być sobą. To tworzy wasze opowieści. Pierwiastek niepowtarzalności. A jeśli z jakiegoś powodu czujecie się źle, sztuka was wyzwoli. Wystarczy przekuć dyskomfort bądź ból w działanie.

Mam jeszcze wskazówki odnośnie pisania, o których nie wspominałam. Bezsprzecznie mi pomagają. To wysiłek fizyczny, kontakt z naturą, wypoczęte ciało, spolegliwość wobec innych (dzięki czemu przestają działać na nerwy) i akceptacja siebie. W takich warunkach wydajna praca jest banalna.

TWÓRZCIE.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

"Ucz się, pracuj, a święto zmarłych stanie się twoim świętem"... Tfu. Ucz się, pracuj, a twoja książka stanie się faktem.

Nadal nie mam żadnych nowych odpowiedzi wydawniczych, podczas gdy Dzikus przechodzi rewolucje i szlif dzięki wstępnie zainteresowanemu wydawnictwu. Ale odpowiedzi wkrótce zaczną spływać. W styczniu miną trzy miesiące od rozsyłki. Jestem ciekawa, jaki będzie bilans.

Do tego czasu z pewnością oszaleję od poprawiania Dzikusa. Przyglądanie się każdemu zdaniu to robota dla masochistów. Mój podziw dla redaktorów rośnie (i zdziwienie, że nie kończą na oddziałach zamkniętych). Na szczęście ludzie z zainteresowanego wydawnictwa dali mi sporo uwag i rad, dzięki którym mogę wyeliminować potknięcia. Cały czas pomaga także praca naukowa i betowanie znajomym opowiadań.
Skrobię też drugą magisterkę i wydaje mi się, że będzie miała szansę w konkursie na prace dyplomowe. Przy takiej orce korektorskiej i redakcyjnej, ona także skorzysta i stanie się bezbłędna.


Konkrety o Dzikusie.
Skorzystałam z pomocy redaktorki przy najważniejszej scenie akcji. Odchudziłam scenę o kilka tysięcy znaków i nadałam jej dynamizmu. Pozbyłam się paru banalnych określeń, nadmiernej ilości średników, przekręconych zdań i powtórzeń.
Co to są banalne określenia? Kompletnie niedorzeczne. Kompletnie sparaliżowane. Jego świat chwieje się w posadach. Napięcie sięga zenitu.

Jeśli chodzi o samodzielną pracę nad całością:
Skróciłam zdania. Wykluczyłam zbędne przemyślenia i nielogiczności. Dodałam widowiska zamiast filozofowania. Zmieniałam scenerie na ciekawsze. Przebudowałam początki rozdziałów i wątków tak, by od razu było jasne, co i gdzie się dzieje. Zmieniałam niepoprawne szyki zdań. Dodałam zakończenie z większym pier... Wyrzuciłam zbędne podrozdziały. Dałam więcej kontaktów z krwiożerczymi bestiami. Zmodyfikowałam kontakty z kosmitami. Dodałam wątki dotyczące wojny i walki na froncie.

Teraz pozostaje mi przejście przez całą treść jeszcze raz, odrywając każde zdanie od całości i sprawdzając jego poprawność. Mordęga, ale liczę na efekt w postaci dostarczenia wam Dzikusa do rąk. Jeszcze w tym tygodniu postaram się odesłać podrasowaną Dziką Książkę do wydawnictwa, które okazało jej tyle życzliwości.
Czy coś z tego wyniknie? Jako wzorowa pesymistka powiem: no pewnie, że nie! Paranoja Oczekującego Niechybnej Katastrofy, level hard.



Istnieje szansa, że wspomniany artykuł o Frankensteinie ukaże się w Smokopolitanie! Wszystko dzięki znajomej z NF, która podsunęła mi pomysł skierowania tekstu właśnie tam. Artykuł miał już kilka bet, zarówno moich, jak i znajomej oraz redakcji.
Pamiętajcie, dobrze mieć kumpli w środowisku. Prosić ich o pomoc, udzielać jej i podpytywać o różne sprawy.

Przyznam się też, że pierwszy raz od dłuższego czasu zarobiłam coś na pisaniu. Za rozliczenie z Pana Snów może nie kupię nowej konsoli, ale wystarczy na nowy tatuaż ;) Ostatnią dziarę robiłam za nagrody literackie, między innymi za Świetlne Pióro. Może uczynię z tego jakąś zasadę...

Wracam do ślęczenia nad Dziką Książką.


wtorek, 22 grudnia 2015

Pierwsza opinia

Nie podaję nazwy wydawnictwa, z którym utrzymuję kontakt, ale w końcu obdarzę je sporą dawką dobrych słów. Najpierw popytałam, potem mogłam sama się przekonać. Dostałam pozytywną opinię o Dzikusie, ale nie zabrakło rzeczy do poprawek. Skierowano mnie też do redaktorki, która w razie potrzeby posłuży radami. Mam uwzględnić porady, nieco przeredagować treść i przesłać poprawioną wersję. Wtedy zapadnie decyzja. 
Nie ma tutaj jeszcze zobowiązań, a ja wciąż czekam na dalsze odpowiedzi wydawnicze. Niemniej to wydawnictwo bardzo punktuje szybkością rozpatrzenia propozycji, wstępną współpracą, krakowskim pochodzeniem, a także, oczywiście, wydaną opinią.

Znacie dobrze moją paranoję oczekującego. Częstotliwość mówienia sobie, że Dzika Książka to grafomański kretynizm wzrastała z czasem i przesłaniała jakiekolwiek szanse na coś, co nazywam autoobiektywizmem. To chyba najtrudniejsze wyzwanie dla twórcy. Mogłoby wzbudzić gigantyczny spór filozoficzny. Czy da się być wobec siebie obiektywnym?
W każdym razie, już prawie uznałam się za analfabetkę, a tu dostaję opinię, gdzie uznano za dobre i ciekawe: pomysł, styl, język, dialogi, głównego bohatera. Czytałam to i widziałam gdzieś w głowie rozpalający się, wielki neon z napisem TROLOLO.
Spodobało mi się też określenie "pękająca dystopia". Człowiek uczy się całe życie - sądziłam, że napisałam antyutopię, a tu jednak dystopia. Ekstra! Orwell tworzył dystopie. Nie chcę wspominać o Lemie, choć cała moja książka wręcz nim oddycha - po prostu muszę od Lema odpocząć. Nie wiem, jak i kiedy to się stało, ale spotykam się z uznawaniem mnie za znawczynię jego literatury. Ciągle ktoś do mnie uderza z problemami, pytaniami i prośbami o pomoc. Wcześniej tak na to nie patrzyłam: po prostu napisałam pracę magisterską o Lemie. A potem przyszły wykłady na Dniach Fantastyki, artykuły naukowe i publicystyczne, recenzje...

W ocenie Dzikusa nie zabrakło uwag typowych dla mnie: chaos, masa wątków i niedokończonych pomysłów, za mało akcji (wiadomo, jak to ja: po co budować akcję, kiedy można pofilozofować?;), a także zjawisko ładnie ubrane w słowa: znaczne wyzwanie dla czytelnika. Wiem, znam siebie jak nikt. Raczej nigdy nie napiszę lekkiej książki. Ale z radością poprawię Dzikusa, kiedy wiem, co i jak.

Przede wszystkim, ciągnięcie akcji do czterystu tysięcy znaków chaos pomnożyło. Do tego wniosku nie trudno dojść mi samej. Ponieważ nie wysyłam książki na konkurs, mogę zwyczajnie odciąć sporą ilość wątków końcowych, które miały być przeznaczone na kolejne części. Trzeba także przyjrzeć się wątkom wcześniejszym. Wiem też, że lubię rozwodzić się nad niepotrzebnymi rzeczami (w ten sposób przegadałam sceny akcji). Zamotałam także sprawę kontaktowania się z kosmitami. 

Mam nakreślone uwagi i redaktorkę do pomocy. W razie potrzeby istnieje także spora rzesza ludzi na NF, wiszących mi bety. Jestem Zosia Samosia, ale kiedy spoczywa na mnie zadanie wstępnej redakcji, zdaję sobie sprawę, że z braku obiektywizmu i doświadczenia nie podołam sama. A tutaj już nie ma żartów. Waży się los Dzikiej Książki. 
Czego chcieć więcej? Cóż, CZASU, BORZE IGLASTY, CZASU! W styczniu mam oddać początek rozprawy doktorskiej, rozdział magisterki, prace zaliczeniowe...

Wydawnictwo inwestuje we mnie czas i dobre chęci. Musi uznawać, że inwestycja się opłaca. A ja nie zwykłam zawodzić pokładanych we mnie oczekiwań. Dlatego, jak zwykle, ze wszystkim sobie poradzę. Może mi nie wyjść, wiadomo. Jestem z natury pesymistką. Ale ta natura nie przeszkadza robić wszystkiego, co w mojej mocy, by osiągać to, co sobie zakładam. Pomaga za to znosić porażki.

Popatrzcie na to, co przynosi eksperyment. Książka napisana w pół roku (cztery miesiące + poprawki) została całkiem pozytywnie oceniona i ma szansę zaistnieć, jeśli umiejętnie usunę jej mankamenty. Pomysł powstał w marcu, mamy grudzień i dzieją się takie rzeczy. Ale pamiętajmy, trzymajmy się braku hurraoptymizmu. Racjonalizm, sceptycyzm, chłodna praca nad tekstem.  

Dobrych świąt! Moje będą całkiem niezłe, choć wypełnione ogromem pracy.

PS. Skrobnęłam ostatnio artykuł o "Frankensteinie", który mógłby was zaciekawić. Może uda mi się go gdzieś opublikować. Jeśli nie, wrzucę w publicystykę na NF. Dam znać.

czwartek, 17 grudnia 2015

Zarys Dzikusa (fragmenty, opisy, niedopowiedzenia)

Od ostatniej notki zdążyłam poczuć się doskonale dzięki przedświątecznej diecie (obejmującej, między innymi, całkowitą abstynencję) i znaleźć nowego przyjaciela sprzed setek lat - Johna Stuarta Milla. Utylitarystę, który postulował prawo do szczęścia (rozumianego przede wszystkim jako szczęście moralne, czerpane z wysokich wartości) i wolności od cierpień dla każdej istoty czującej. Ach, pierwsza fala feminizmu i burzliwe czasy przed nią... To było coś! Dzisiaj pseudofeministki rujnują wizerunek niegdysiejszych bohaterek, sufrażystek. A skrajna lewica i skrajna prawica rujnuje wizerunek bohaterów ducha demokracji oraz istotę jej samej. Może uda mi się choć odrobinę naprawić te wizerunki na doktoracie. 


Moja skrzynka mailowa nie przyniosła żadnych większych zmian. W Krakowie debatują nad Dzikusem, a ja muszę cierpliwie czekać, o ile można tak nazwać czas, gdy dziennie produkuję dziesiątki tysięcy znaków tekstów naukowych i fantastycznych opowiadań. W kilku różnych miastach recenzenci brną przez fabułę Dzikiej Książki.
A co do fabuły...


Przeszłam ostatnio fenomenalne The Last of Us, gdzie sporo urbexu, zombie, opuszczonych, rozwalonych miast, a fabuła oparta jest na podróży kogoś, kto może to wszystko naprawić. Część Dzikiej Książki ma klimat o podobnym charakterze, choć nie doszło w niej do końca znanego nam świata, a podziału.


Akcja powieści dzieje się w Krakowie, ale wypuszczamy się z bohaterami na dalekie wyprawy zarówno w przestrzeni ziemskiej, jak i kosmicznej oraz... zobaczycie, gdy (mam nadzieję!) dostaniecie książkę do ręki. Nasz kraj stanowi zupełnie inne miejsce niż to, które obecnie znamy. Jedną z jego cech jest przeniesienie części aglomeracji pod ziemię. Doprowadziła do tego specyficzna wojna.

Ruszyli przez podziemny rynek, mijając stonowane, nieliczne szyldy reklamowe, kilku milczących sprzedawców i fontannę, w której woda płynęła tak łagodnie, by nie wywoływać nawet szmeru. Nikodem poczuł mdłości i nie miał pojęcia, czy winowajcą jest bimber, czy też nieznośna, niema rzeczywistość. 


W książce spotykamy zupełnie nowe społeczeństwo. Może nieco przypominać Encjan z Wizji Lokalnej Lema, opierających swój byt na bystrach - wirusach dobra. Mamy więc do czynienia z utopią, a przynajmniej tak wydaje się na początku. Przekonania Nikodema, głównego bohatera, co do wyższości ustroju swojej części świata, zostają z czasem poddane próbie. Gorzka prawda, z jaką przyjdzie mu się zmierzyć na prestiżowych studiach, doprowadzi do wielu kontrowersyjnych zdarzeń.



(...) zwinął się w kłębek i zaczął wyć. Pragnął, by świat skończył się właśnie w tej chwili. Oczekiwał, że poranne niebo zasnują kosmiczne statki, które przyniosą rzeź skarlałej rasy, do jakiej należał. 

Grono młodych ludzi o zaburzonych osobowościach, z którymi Nikodem studiuje, poznaje technologię związaną ze specyficznymi maszynami. Tak, w książce znajdziemy bitwy na mechy, a także skażone miejsca, wynaturzone stworzenia, eksperymenty genetyczne i polityczne konszachty. Nie zabraknie motywu z tajemniczą dziewczyną, która obdarzy Nikodema okrutną prawdą o jego przeznaczeniu oraz zabierze czytelnika w osobliwą podróż na Wschód. Drobna blondyneczka stanowi równie ważną bohaterkę powieści, co Nikodem i kilkukrotnie to ona opowiada akcję. 

Czasem błądziłam po ulicach, czując się kompletnie bezużyteczna, aż usłyszałam gdzieś krzyki albo strzały i biegłam szaleńczo w tamtą stronę. Chyba liczyłam, że mi się dostanie. Widziałam puste spojrzenia kobiet i mężczyzn, dziecięce oczy przepełnione nienawiścią. Codziennie obcowałam z bojownikami, których miałam ochotę udusić gołymi rękami.

Główny bohater jest silnie uwikłany we własną przeszłość oraz poczucie winy. Wspomnienia jego dzieciństwa towarzyszą nam przez całą książkę. Niekiedy przeszłe zdarzenia zostają wykorzystane przez agresorów, pragnących złamać Nikodema.

Przyłożył dłonie do twarzy i zaczął gorączkowo wykonywać wszystkie znane procedury awaryjnej desynchronizacji. Na próżno. Silne ramię otoczyło jego szyję, czyjeś ręce uniosły go i rozłożyły mu nogi. Nikodem pierwszy raz doznał tak silnego poczucia upokarzającej krzywdy (...)

W fabule nieustannie występują próby moralnej oceny ludzkości, zarówno z ziemskiego, jak i kosmicznego punktu widzenia. Przeważnie mają negatywny wydźwięk, ale bohaterowie usilnie szukają drogi ratunku i nadziei dla swojego gatunku. 



W książce nie brakuje pozytywnych manifestów, niezwykłych miejsc czy zabawnych sytuacji w równym stopniu, co potworności, okrucieństw oraz obnażania tematów tabu. Bohaterowie komunikują się ze sobą za pomocą nowej technologii. Rozumują, działają i żyją w sposób dla nas nie tyle nieznany, co mocno wynaturzony. Motyw, którego tutaj użyłam, jest jak najbardziej klasyczny. Znajdziecie też nawiązania do kultowych dzieł kinematografii i literatury. A także wymysły, których, mam nadzieję, dotąd nie było.

Na obszerniejszy fragment możecie liczyć, gdy zdobędę odpowiedzi wydawnicze i będę wiedzieć, na czym stoję. Z pewnością zdajecie sobie sprawę, jak łatwo w sieci o złodziejstwo. Nie mogę wyjść poza ogólnikowe informacje i krótkie fragmenty. Pamiętajcie też, że w trakcie procesu wydawniczego część fabuły może ulec zmianie. 


Mam kryzys, jeśli chodzi o tytuł. Pierwszy zdaje mi się świetny, ale mało chwytliwy. Drugi został wybrany na potrzeby rozsyłki wydawniczej jako chwytliwe, zapadające w pamięć hasło. Mam ostatnio nowy-stary pomysł i cierpię na brak pewności co do tego, jak finalnie winien nazywać się Dzikus. Żywię nadzieję, że pewność przyjdzie z konsultacjami i czasem. Jeżeli nie ma pewności w tej chwili, trzeba poczekać.

Możliwe, że jeszcze przed świętami będę miała informacje odnośnie krakowskiego wydawnictwa. Czekam.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Jak staje się Dzikus

Niestety, to nie będzie jeszcze obiecana notka z fragmentami. Chciałabym przygotować ją rzetelnie, a czasu brak. Niniejsza notka dotyczy mojego zakrztuszenia się nad skrzynką mailową. W gardle utkwiła mi gotowana, nieprzyprawiona marchewka (mam ostatnio wręcz szpitalną dietę). Krztusząc się, pomyślałam, że to fatalna sprawa - umrzeć przez obrzydliwą marchewkę i pozytywne rozpatrzenie propozycji wydawniczej.

Na szczęście przeżyłam i mogę wam napisać, że jedno z krakowskich wydawnictw jest zainteresowane Dzikusem. Zaistniało coś takiego, jak "wstępna, pozytywna recenzja" mojej książki. Mieści się wam to w głowie? Mnie nie. Wymyśliłam tę książkę w marcu. Jest listopad, a ona ma pierwszą szansę na byt.
W życiu się nie spodziewałam, że tak szybko dostanę jakąkolwiek odpowiedź, a co dopiero "wstępnie" pozytywną. Ale co ja tam wiem?

Nie znam jeszcze szczegółów, napiszę coś więcej, jak zorientuję się w sytuacji. W każdym razie, oto nastała nowa rzeczywistość dla Dzikusa, niedyktowana wyłącznie moją Paranoją Oczekującego Niechybnej Katastrofy. Mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni - jednak w wypadku książki, jedno zainteresowane wydawnictwo, wydające w normalnym trybie, czyni właściwie wszystko.

Żadnych hurraoptymizmów! Zobaczymy, co będzie dalej. Jeśli jedno wydawnictwo jest zainteresowane, czy można mniemać, że będzie ich więcej? Nie gdybam, nie oczekuję. Czekam.



Edit: Mam już skonsultowane prawnie wnioski co do konkursu Czwartej Strony. 
Umowa ma dwa mankamenty: fragment o tym, że ostateczny tytuł ustala Wydawca (nadanie tytułu to twoje dobro osobiste!) oraz określenie żałosnego podziału zysków z tłumaczeń i ekranizacji. Normalny podział to podobno fifty-fifty, a tutaj proponują nam 20 %. 
Te dwa zapisy w umowie są niekorzystne. Pozostałe nie różnią się drastycznie od innych umów wydawniczych. 
Jeśli chodzi o dalsze zarzuty Pana Pollaka: tak, brakuje zapisu o minimalnym nakładzie i twórcy konkursu powinni umieścić go w umowie, niemniej zawsze chroni nas art. 56 pr. aut.
Warunków umowy konkursowej nie można negocjować, a normalnie istnieje taka możliwość - zgadza się, ale jeśli chodzi o debiutantów, nigdy nie mają zbyt wielkiego pola do manewru.
Nie ma się co czepiać możliwości nieprzyznania nagrody głównej. Taka "furtka" jest w większości regulaminów konkursowych. Może nie być na tyle dobrej książki, by wygrała albo znajdzie się ich kilka. 
Co do domagania się zmian w utworze - każdy wydawca ma do tego prawo. Nie wprowadza ich bez zgody autora, dlatego też następuje wymiana plików i poglądów pomiędzy autorem a korektorem, redaktorem itp. 

Idea konkursu jest dziwaczna - skoro w każdej chwili można przysłać książkę do wydawnictwa, po co konkurs? Ludzie lubią konkursy, zawsze robi się wokół nich mniejszy lub większy szum. Nie mogę jednak wyzbyć się wrażenia, że to po prostu podbieranie innym wydawnictwom propozycji. Zwłaszcza, że zaliczka za pierwsze miejsce jest spora. Właśnie przez nią oraz zaistniały szum, wzięcie udziału w konkursie może być atrakcyjne dla debiutanta. Dla mnie atrakcyjna jest szansa, że Pan Rzymowski (jeden z jurorów) przeczyta Dzikusa. Ale na chwilę obecną nie zanosi się na to, że wezmę udział. Wiele tu niejasności, trochę niekorzystnych zapisów i kontrowersji. A sytuacja Dzikusa może się diametralnie, dynamicznie zmieniać.

PS. Mam nadzieję, że mój wpis o umowie nie zostanie odebrany jako atak lub zniechęcanie. Czytałam regulamin, umowę oraz zarzuty Pana Pollaka i konsultowałam je z różnymi ludźmi. Miałam do czynienia z paroma umowami; jedna była tak fatalna, że do dziś dziwię się własnej naiwności. Dlatego teraz jestem bardzo uczulona. Zwłaszcza, że piszę lepiej, niż w przeszłości, więc koszty nieprzemyślanych decyzji się zwiększają.
Jeżeli jesteś debiutantem, stawaj w szranki konkursowe, ale dobrze przeanalizuj zasady.

Jeśli gdzieś pomyliliśmy się we wnioskach dotyczących umowy, proszę mnie zganić. Naprawię błąd.

czwartek, 19 listopada 2015

O bredniach, pierwszym druku Dzikusa i dylematach Lema

Intelektualna nadpobudliwość nie pozwala mi czekać z kolejną notką na koniec miesiąca. Albo umysłowa wścieklizna. Mogłabym znaleźć dla tego stanu wiele określeń.

Dwa tysiące wyświetleń. Dzika Książka dobija dwóch tysięcy. Przynajmniej tak podaje Blogger. Na litość Wszechświata, kto to czyta? Wszystkie moje blogi mają po kilka tysięcy wyświetleń, a główny przekroczył dyszkę. Jakim cudem? Przecież te blogi nie są ani o gotowaniu, ani o modzie, tylko nudnej filozofii, fantastyce, poezji mieszanej z urbexem, przetrwaniu albo chorych projektach na książkę.

Przeczytałam ostatnio stwierdzenie, że "kto ma rację dzień wcześniej od innych, ten przez dobę uchodzi za idiotę" (Antoine de Rivavol). Pomijając to, że ja zawsze uchodzę w swoich oczach za idiotkę w sprawach pisania (co kilka dni nawiedza mnie przekonanie, że jestem beztalenciem, analfabetką i szaleńcem)... Obawiam się, że Dzikus może stanowić ową przedwczesną rację. Kiedy usłyszałam o tragedii we Francji, od razu pomyślałam o świecie podzielonym na pół, który zawarłam w Dzikiej Książce. Pierwszy raz zastanowiłam się, czy poddałam się fantazji rodem z majaków z Las Vegas Parano, czy też dokonałam jakiejś prognozy. Niechcący wbiłam się we współczesne realia napływu muzułmanów i wojny cywilizacyjnej. Albo i chcący, przecież pięć lat studiowania zarówno filozofii, jak i bezpieczeństwa narodowego musiało wpłynąć mi na psychikę. Może dla wydawnictw temat "na czasie" będzie dodatkowo atrakcyjny...

Nie mam pojęcia. W ogóle nie mam pojęcia o niczym. Wiem, że nic nie wiem. Przypominają mi się słowa profesora Gadacza. O tym, że prawdziwy artysta jest tylko przekaźnikiem. Nie ma najmniejszego pojęcia, co robi. I śmieję się przy tym sama z siebie. Owszem, nie wiem, co robię. Zwłaszcza, kiedy buduję swoje złożone zdania, których szyk często mieszam, albo piszę o winogronach w grudniu. Artystka, też mi coś. Do tego zdaje mi się, że jestem bezgranicznie naiwna w kwestii własnych umiejętności redagowania treści. Prawdopodobnie wpycham, co chcę w tekst. Bez ładu i składu.

Ot, paranoja oczekującego się pogłębia. Jeszcze kilka tygodni, a uznam, że nie nadaję się do niczego i powinnam paść jakieś stadne zwierzęta hodowlane. Wyjadę do dżungli, zbuduję chatę i zapomnę o chorych aspiracjach na pisarkę oraz doktora nauk humanistycznych.


Wybaczcie, mam tak dużo nadętych, przeintelektualizowanych rzeczy do napisania, że muszę wylać z siebie odrobinę bredni. Uznaję istnienie równowagi we Wszechświecie. 


Lista milczków, czyli kto nie odpisał mi w sprawie przyjmowania propozycji wydawniczych:

Dom Wydawniczy Rebis
Galeria Książki
Powergraph
Sonia Draga
Nasza Księgarnia
GW Foksal
Czuły Barbarzyńca
Adres mailowy do Initium nawet nie działa.

Zainteresujcie się konkursem Creatio Fantastica na opowiadanie z dziesiątką i nowym konkursem Genius Creations "Ten pierwszy raz". Nie ma nic lepszego na szlifowanie warsztatu, niż kreatywny konkurs.


Otrzymałam maila od Wydawnictwa Zysk i S-ka! Jakiś miesiąc temu dostało ode mnie pakiet standardowy. Poproszono mnie o przesłanie dla recenzenta wydruku na adres wydawnictwa. Po lekturze i opinii mam otrzymać odpowiedź co do zainteresowania wydaniem.
Przyznam, że nie wysłałam propozycji tam, gdzie proszono o druk. Stwierdziłam, że posłałam Dzikusa mailem do wystarczającej liczby wydawnictw, by dowiedzieć się, czy do czegokolwiek się nadaje.
W wypadku prośby Zysku, zaraz ruszę szanowne cztery litery, żeby wydrukować moje urocze czterysta tysięcy znaków. No, może po kolejnym, drobnym przejrzeniu treści ;)


Przykłady świeżo znalezionych błędów:

Stopniowanie: "Niczym bardziej wzniosłym od szkodnika." Niczym wznioślejszym od szkodnika. Wykładka na stopniowaniu jest powszechna, podobnie jak na odmianie przez przypadki. Cholernie to głupie, bo sprawdzenie poprawnej formy w Google zajmuje pół minuty. Z moim powolnym Internetem.

"Wciąż mówił sobie, że potrzeba zabijania złego, wynaturzonego agresora to nic niemoralnego." Sądzę, że zabijać można wielokrotnie, kilku agresorów. W wypadku jednego lepiej byłoby napisać: potrzeba zabicia. Agresor jest jeden, więc akt zabójstwa także. Zresztą, "potrzeba" też zdaje się kontrowersyjna. Chyba lepiej brzmiałaby chęć.

Przykład jednego z moich typowych, zagmatwanych zdań, gdzie sama się zapętlam: "Lecz przecież tworzyli także piękno, kochali, czynili dobro, wymyślali rzeczy i światy, których Wszechświat uparcie nie chciał urzeczywistniać, pozostawiając ich samotnych." Jakie tu pytanie następuje? Pozostawiając ich jakich czy jakimi? Czy tu nie powinno być przypadkiem: ludzi samotnymi? Albo ludzkość samotną. Ponadto, standardowo można by zrobić z tego dwa zdania. Kropeczka po "czynili dobro".
A i tak, według mnie, to zdanie jest niereformowalne. "Lecz przecież tworzyli także (...)". Błagam.

Zaimkoza. Nie powiem, gdzie ostatnio zwróciłam na to uwagę, bo życie mi miłe. Ważne, że zwróciłam. Dzięki temu obdarłam z zaimkozy ważny komunikat kosmity w Dzikiej Książce. Obcy zwraca się do ludzkości i ciągle nawija: was, wami, wasze, wy... Takie namnażanie zaimków jest niedopuszczalne.


Stały czytelnik bloga (zawsze jestem w szoku, że tacy istnieją) zasugerował opublikowanie fragmentu Dzikusa. Uznałam to za świetny pomysł i zrugałam samą siebie, że wcześniej nie przyszedł mi do głowy. Poświęcę następną notkę na garść informacji o fabule oraz reprezentacyjne fragmenty. Sprawdzę najpierw, na ile mogę sobie pozwolić z książką, która jest propozycją wydawniczą i stanie w szranki konkursowe. W tym tygodniu wreszcie mam dostać opinię znajomego o umowie proponowanej w konkursie Czwartej Strony.


Pisząc swój "radosny" artykuł na otwarcie przewodu doktorskiego (o patologii kultury i destrukcji wartości...) dowiedziałam się jeszcze więcej o Lemie, niż dotychczas. Dwa lata temu przy pisaniu pracy magisterskiej uzmysłowiłam sobie, że stałam się ateistką z tego samego powodu, co Lem. I podobnie jak on nie chcę zostać "kaznodzieją nicości". Jestem w ten sam sposób rozczarowana światem i ludzkością. Teraz wiem dodatkowo, że ten niesamowity człowiek miał identyczne podejście do kwestii powoływania życia. Nie podobało mu się, jak urządzony jest świat i nie chciał skazywać niewinnej istoty na mękę. Ale zrobił to. Przełamał się. Ponadto uważał, że życie jest po to, by efektywnie, produktywnie działać. Że najlepsze miejsce na spędzanie czasu to bogata, uniwersytecka biblioteka. Miał też po części prawicowe, po części lewicowe poglądy. Nie tylko w kwestii polityki, ale i granic poznania.
Moje życiowe dylematy w wielu dziedzinach były życiowymi dylematami Lema. To jest właśnie finalny czar czytania. Odnajdujesz bratnią duszę, chociaż nigdy jej nie spotkałeś, choć już nie żyje. Książki sprawiają człowieka odrobinę mniej samotnym.

Dlatego nie wahajcie się ani czytać, ani pisać.