piątek, 21 lutego 2020

Niewprawni wirtuozi samobójstw

Poniższy tekst stanowi moją refleksję i znalazł się tutaj nie bez powodu. Zawsze stronię od uznania mnie za autorytet czegokolwiek. Ale jeżeli warto, wychodzę ze strefy komfortu. A kiedy patrzę na młodzież, na doniesienia medialne i to, co mam na co dzień w pracy – wychodzę ze strefy chętnie.

Bo, niestety, według mnie świętym nieskalanym może się nie udać "nauczyć życia" młodzież z problemami. A o takiej będzie tu mowa. O takiej, która targnie się na swoje życie, gdy znajdzie się w sprzyjających temu okolicznościach.
Świętym nieskalanym nauka może się nie udać, chyba że swoje w życiu nagrzeszyli.
(Używając formy "święci nieskalani", nie mówię o duchownych; sama miałam świetnego księdza-opiekuna jako smarkula – mówię o ludziach niezależnie od stanu udających, że są bez wad i życie jest proste, albo bojących się życia i odgrodzonych od samych siebie.)


Kontrolowany chaos

Sądzę, że moja perspektywa mimo wszystko jest nieco ograniczona. Od lat siedzę w hermetycznym środowisku osób piszących (głównie) fantastykę. I właściwie od początku świadomego życia tę fantastykę uprawiam. Przechodzimy z podobnymi ludźmi podobne drogi, wydajemy w tych samych pismach i wydawnictwach, redagujemy w tych samych inicjatywach i oficynach, rozmawiamy o rzeczach ważnych w fantastyce – od filozofii po futurologię – i chcąc nie chcąc, mamy pewną wspólną intelektualną bańkę. 
Ten, kto ma czas na pisanie, na promowanie siebie i wspieranie w tym innych, musi mieć chociaż minimalnie poukładane życie. 
To nie znaczy, że życie nami nie pomiatało ani nie pomiata dalej. Będąc matkami i ojcami światów, wyzwalamy swoje demony w sposób specyficzny, akceptowany, wręcz poważany w środowisku. Jest to droga, która katalizuje popędy i zamiast pęknąć, mordujemy na papierowych stronach, w głowach, które sycą się zbrodnią i łapią za inne doświadczenia. Jest to droga, która rajconalizuje, przekształca i uwalnia traumy. 
Istnieje sposób, by wszystko zniszczyć i wszystkich zabić. Wystarczy fikcja. A gdy się tym nasycić, można wszystko tworzyć i wszystkich uzdrawiać. Mieszać to. A jak robisz to dobrze, jeszcze ci za to zapłacą. Ale do tego potrzebne są całe lata, a my zmierzamy dopiero do "perfekcyjnej burzy". Zostańmy więc przy niszczeniu i mordowaniu w fikcji.

Openminder, Plac Szczepański, by eMGie


Dając upust najmniejszemu zachmurzeniu poprzez fikcję, mając ten komfort, dzieje się magia: kiedy natrafiasz na osobę spoza bańki, która jest nieco podekscytowana egzotycznością – z jej perspektywy – twojej profesji, i słyszysz te nieśmiertelne teksty w stylu: zazdroszczę, ale fajnie, jak ty to robisz – możesz uprzejmie kiwać głową i grzecznie odpowiadać. Chociaż, dajmy na to, w wielu swoich tekstach opowiadasz o własnym samobójstwie. Prawda wyzwolona i przepracowana przestaje cię szokować, przestaje cię zaskakiwać, właściwie przestaje cię dotyczyć. Gdy dają ci nagrodę za tekst o, dajmy na to, własnym dziecięcym koszmarze związanym z przemocą, możesz się uśmiechać i nie czuć dyskomfortu. Czy w innych okolicznościach byłoby to możliwe? Tak, gdybyś jakoś inaczej dał temu upust – w innej formie wyrazu albo na terapii. Ale nie każdy potrafi to wyzwolić. Mało, nie każdy dożywa momentu, w którym jest w stanie choćby spróbować. Nie każdy może żyć z dramatem kryjącym się w samym akcie istnienia tak głęboko, że wywleczenie tego na wierzch grozi wytarganiem sobie z gardła własnych flaków. Dlatego niewielu to robi. 
Ale artyści wprost się w tym nurzają. 
Wyobraź to sobie. Wyciągają przez gardło flaki i tarzają się jak szczęśliwe psy. Ale przestań patrzeć na ten obraz śmiertelnie poważnie. To przenośnia, jak na lekcji polskiego. Cofnijmy się do szkolnej ławki.
Wtedy może zrozumiemy nastolatków. Oni robią dokładnie to samo, ale nie potrafią zapanować nad krwotokiem, nie potrafią rozdzierać swojego niepojętego jestestwa bez szwanku dla siebie i otoczenia.
Ogłuszają i oślepiają ich pioruny.

Perfect storm

Matka Adasia Miałczyńskiego mówi: trzeba żyć. Moja kierownik mówi: trzeba się cieszyć.

Ja uważam, że należy również dopuścić do głosu inną rzecz. Można nie żyć. Naprawdę można nie chcieć żyć. Gdy ktoś zmusza cię do podpisania umowy, ta umowa jest nieważna, a choćby nie wiem jak idealistycznie zaprzeczać, faktem jest, że życie bierze nas gwałtem. I zmusza do bardzo długiego umierania. Racjonalny, stoicki głos mówi, że w idealnych warunkach nikt, absolutnie nikt nie ma prawa zmuszać do życia kogoś, kto nie chce tego nieproszonego daru. 

Idealne warunki zdarzają się jednak rzadko. Klarowna i czysta decyzja o samobójstwie wymaga pewnego intelektualnego wyrachowania, a faktem pozostaje, że samobójstwa często czynione są nie w idealnych warunkach, lecz podczas idealnej burzy – angielski perfect storm, gdy następuje kumulacja wielu najgorszych opcji z możliwych. 
Problemem jest bowiem wysoka złożoność ludzkiego organizmu i psychiki, którą ten organizm karmi i rozwija. A także olbrzymia chaotyczność świata.
Można mieć burzę hormonów. Można mieć spadek konkretnej substancji przez zmiany w mózgu. Można mieć schorzenie umysłowe, bo psychika choruje jak każdy inny element. Można mieć podatności. Można zostać niesłusznie pognębionym przez inne jednostki. Można dostać bardzo złe karty od losu, którymi chce się grać, ale nie układa się z nich żadna figura.

W przypadku nastolatków, do głosu dochodzi kilka kwestii. Nastolatek permanentnie przebywa tuż obok idealnej burzy, często lądując w samym środku. Biologicznym, podobnie jak racjonalnym obowiązkiem tych, którzy oddalili się od grzmotów – którzy dorośli – jest pomóc mu przez to przejść. Wbrew pozorom to nie jest trudne – wystarczy przestać bawić się w dorosłego, a dorosnąć naprawdę. Porzucić infantylizację siebie samego. Bo gdy burza ustaje, ludzie natychmiast rzucają się w życie przez duże Ż, produkując dzieci, pieniądze i wszystkie możliwe spełnienia ról, a nie poświęcając odpowiedniego czasu na dokładne obejrzenie siebie, wreszcie w dziennym świetle, wreszcie z dala od burzowych chmur.

Wszystko zaczyna się od zrozumienia i uwolnienia siebie. Wtedy możemy być dla nastolatków autorytetami. Wtedy też wiemy, że być nimi musimy.
Jeśli ktoś nie rzucał się pod grzmoty podczas olbrzymiej młodocianej burzy (lub udaje, że się nie rzucał), może jednak nie mieć wystarczających ku temu środków. Lekarz raczej nie zoperuje serca, znając tylko podręczniki.



Do mnie do pracy przychodzi "kwiat młodzieży", jak to mówimy z kolegą, albo "słodkie dzieciaczki" – ironia, mam nadzieję, wyczuwalna. Bandy młodych ludzi maltretowanych hormonami i gwałtownie zmieniającym się światem. Piją, płaczą, niszczą, klną, przeszkadzają, robią w toaletach ciążowe testy, nie mają się gdzie podziać ani co ze sobą począć. 
Czasem przychodzi do mnie któraś z pań działu technicznego i mówi: Magda, jak ty to robisz? Krzyczę na nich, a oni nie zwracają na mnie uwagi. Ty zeszłaś do nich raz i jest święty spokój. 
Wzruszam wtedy ramionami. Te dzieciaki chcą jasnych i klarownych zasad, chcą zostać zauważone, a ja zawsze daję im jasno do zrozumienia, że uważnie się im przyglądam i zazwyczaj wyjątkowo nie podoba mi się to, co widzę. Każdy zbuntowany nastolatek potrzebuje upierdliwego stróża w pobliżu, przypominającego o prostych zasadach, dzięki którym da się przetrwać. To jedna z ważnych rzeczy, które robię, choć mam zupełnie inne obowiązki, głównie redaktorskie – obserwuję ich na kamerach, sprawdzam miejsca, w których są, rozdzielam ich, kiedy się biją, każę im chować flaszki, a jak przekroczą granicę, czasem, na szczęście rzadko, dzwonię na policję. A przy tym wszystkim traktuję ich z ironiczną troską. Przewiduję, co mogą zniszczyć, więc staram się temu zapobiec; jestem krok przed nimi, gdy to tylko możliwe. Umożliwia mi to fakt, że byłam podobna. Wydziarana pani wie, gdzie i co kwiat młodzieży robi. Rodzice – często nie chcą wiedzieć. 

Jako nastolatka co najmniej kilka razy próbowałam popełnić samobójstwo.

Czasem uśmiecham się przekornie, kiedy patrzę w lustro. Kobieta, którą widzę, jednocześnie jest mną i nie jest. Jednocześnie jest żywa i martwa. Kicia Schrödingera.



Samobójstwa nastoletnie były niedopracowane. Udałoby mi się dopiero parę lat później, pod koniec burzy, tyle że zrządzeniem losu – perfekcyjna burza okazała się zbyt perfekcyjna – byłam w danej chwili zbyt zdruzgotana i zbyt nietrzeźwa.
Może opowiadanie o tym z taką nonszalancją wydaje się dziwne, ale tak działa czyste powietrze bez burzy i autokontemplacja. Kiedy życie dojrzeje, z biegiem lat staje się przejrzyste. Przeszłość jest jednocześnie żywa i martwa. Moja przeszłość jest teraźniejszością innych. A moje świadectwo może być promieniem światła.
I, co istotne, "jeżeli boisz się mówić prawdę – już jesteś niewolnikiem".
Jako uczestniczka idealnej burzy przejawiałam tyle niebezpiecznych zachowań, że kiedy patrzę wstecz, zastanawiam się, jakim cudem żyję (a raczej, jakim cudem odrodziłam się kimś zupełnie innym, bo to wszystko wygląda jak życie motyla, a raczej ćmy, tak, dokładnie tak). 
Najpewniej przez odrobinę szczęścia, gdy nie poświęcano mi uwagi, i kilku dobrych, mądrych dorosłych oraz parę mądrych, dobrych lektur, kiedy tę uwagę mi poświęcono.

Moje samobójstwa, jak widać, nie były udane – z różnych względów. Samobójstwo w afekcie nie jest łatwe, a zabicie żywego organizmu, w który wpisane jest przetrwanie, wymaga, jak już wspominałam, wyrachowania, klarownego powietrza, nie burzy. Oczywiście wielu osobom udaje się zabić podczas burzy, gdy afekt wyje*ało ze skali. To są później te sytuacje, przy których aż ciarki nas przechodzą, gdy o nich słyszymy. Dzieciak sznurujący buty i wskakujący pod pociąg. 
Sytuacje niepodobne temu, gdy pewien sławny mężczyzna powiedział spokojnie w szpitalu: skoro syn chce się zabić, może trzeba mu pozwolić? 
To nie są samobójstwa, które muszą się ziścić. To zazwyczaj tylko i aż olbrzymia, nieogarniona jak kosmos bezradność, i żeby jakkolwiek odzyskać władzę nad życiem, człowiek dokonuje jedynej decyzji, do jakiej pozostało mu całkowite prawo – odbiera je sobie.

Pamiętam czarną rozpacz, towarzyszącą próbie samobójczej. Bardzo trudny przeciwnik. Doświadczenie było tak graniczne, że mózg wyparł je na lata, by później obudził je cudzy koniec, i by wyżarły je "Larwy".

Miałam w liceum kolegę, który rozmyślił się w ostatniej chwili, ale było już za późno. Jakieś siedem lat później inny nie potrafił wyrazić swojego cierpienia, więc zademonstrował swoją śmierć, i jak śpiewa Kortez, "nie zapamiętasz nic już tak jak mnie, tu" – wszystkie wspomnienia przytłoczyło to jedno.
Mówi się, że miłość wystarczy, ale miłość jest często tak trudna do wyrażenia, jak cierpienie, i umieramy z niej, bo nie potrafimy dać jej ujścia albo nam na to nie pozwolono. Miłość nie wystarcza, potrzebna jest uważność. Wobec drugiego człowieka tak szczególnie, jak wobec siebie.

Kiedy w tamtym roku wracała mi depresja, pierwszy zareagował człowiek, który w ogóle mnie nie widuje, ale gada ze mną przez fejsa. Zna to z autopsji. Był upierdliwy i nie dawał mi spokoju. Kazał kupić i zrobić kilka rzeczy. Przeszło.



Dlaczego nie udało mi się popełnić samobójstwa? Mówiąc poetycko, moją ciemność przebijały promienie światła, po których dało się wrócić z otchłani. A ja miałam na to wystarczająco twardy charakter.
Moja matka przez większość mojego życia sprawiała wrażenie osoby niewiarygodnie opanowanej (podobnie jak babcia) i to opanowanie mi się w końcu udzieliło, gdy minęła burza. Sfokusowanie na celu (modne słowo), nieprzejednanie powoduje, że uwaga nie jest w stanie uciec i się zatracić. Oddawałam się więc i oddaję bezgranicznie celom. Niemniej brakowało w moim życiu wystarczającej uwagi, która uchroniłaby mnie przed częścią sytuacji granicznych; nazbyt byłam puszczana samopas jak na tak trudne, a może zaburzone (i na pewno nadwrażliwe) dziecię. Byli jednak też nauczyciele i instruktorzy, którzy uczyli i uczą nadal podejmowania wyzwań i wywiązywania się ze zobowiązań. Zasad niczym parasol pomiędzy tobą a nawałnicą. Rodzina, jednostki zawsze wyalienowane, niejowialne, pokazywały, że można radzić sobie samemu. Dla kogoś uczącego się życia były to lekcje bezcenne. Nie cierpieć w sytuacji, gdy jest się z czymś samemu, lecz czerpać z tego siłę. Nie musieć, a chcieć się zwierzać. Proces długi, ale pomyślny.
Dziecko, które wierzy, że musi się komuś oddać i musi być przez innych akceptowane, to niewolnik, i podczas burzy ma związane ręce.
W piątej części Harry'ego Pottera, książki, na której się wychowałam, Dumbledore mówi Chłopcu, Który Przeżył – mogą cię wypchnąć na ring. A możesz wejść na niego z podniesioną głową. To jedyny wybór, jaki masz.
To było wtedy, te piętnaście lat temu, bardzo dla mnie ważne. Piękne i tragiczne przesłania. Przeżywanie czegoś więcej niż szara i rozbłyskująca piorunami rzeczywistość.

Uważam na młodzież. Uważam z troską. 
Mam w pracy przekrój rodziców, dzieci, młodzieży. Rodzice niejednokrotnie spełniają swoje ambicje – czasem naprawdę chore – dziećmi, ale gdy te osiągną wiek buntu, rodzice niejednokrotnie rezygnują z tej zabawy, bo jest zbyt wymagająca, a dzieciak nie jest już ślepo posłuszny. Zostawione same sobie w najgorszym okresie życia, dzieci zwalczają siebie i życie na czasem niewiarygodne sposoby. 
Dajcie im uwagę, ludzie. Nauczcie ich dawać zdrowy upust emocjom. Myślcie co chcecie, ale ja uważam, że mój latami wypracowywany sposób jest doskonały – powołuję i niszczę całe światy, tworzę i morduję rzesze istnień, przemieniam się, przeklinam, uzdrawiam i zabijam, i nikomu nie dzieje się krzywda, bo wszystko to dzieje się tylko w spisanych na papierze słowach, w abstrakcji wyobraźni, w metaforach, quasi-światach i wielkiej pustce kreacji. Nic nie uchroni przed burzą, ale są rzeczy, które zapewnią podczas niej schronienie. To mogą, a nawet muszą być pasje. I wierzcie mi, że porąbana, krwawa gra na plejce też jest niektórym nastolatkom potrzebna – żądza wypali się na padzie, nie na bezdomnym psie albo dzieciaku sąsiadów. Porąbana, krwawa gra zaszkodzi wtedy, gdy dzieciak ma problemy psychiczne albo jest socjopatą, a skąd będzie wiadomo, czy tak jest, czy nie? Dzięki uważności.
Dziecka nie należy traktować jak kalekę ani jak zabawkę. Przewracam oczami, gdy widzę foteczki niektórych młodych mam: tu dziecko ma nową zabaweczkę, a tam nową sukieneczkę, tu ma jakąś nagrodeczkę, publiczną fotkę i pińcet polubień, chociaż jeszcze nie posiada fejsbunia i nie wie, jaki wizerunek chciałoby wykreować w sieci – spoko, ziom, mamunia wie lepiej; biedny, mały człowiek wytwórnią lajków zakompleksionej rodzicielki. Jej nie wystarcza sukces i rozwój dziecka, ona nie ma potrzeby intymności, nie, musi być dzięki dziecku podziwiana. Wszystko oddała roli, więc w dobie, gdy każdy "musi się" lansować, pozostaje jej uświęcona kreacja matki. Taka osoba nie pomoże podczas burzy, prędzej zaszkodzi. Oddaje swoją, a co najgorsze intymność niedojrzałej istoty za serduszka i chwilowy podziw tłumu.
Może ktoś uzna, że to trochę niesprawiedliwy i okrutny osąd. Ale tutaj nie roztkliwiamy się nad "dużymi ludźmi". Nie pora zostawiać na "dorosłych" suche nitki. Dziecko to mały człowiek, a nastolatek to młody człowiek. Potrzeba mu naszej uważności, bo kalekie ma jedynie emocje. To gotowa istota i niczyja własność, i należy dać jej czas pełen uwagi, by jej emocje do tego dojrzały i to udźwignęły.

Problem w tym, że rodzic, który nie dojrzał, i którego emocje wciąż są w strzępach, nie pomoże podczas burzy. On tej burzy będzie pragnął, jednocześnie nienawidząc. Brakuje mu intensywności burzy. Wciąż jest dzieckiem, wciąż nie czai tego, co najważniejsze. Uważność wobec drugiego rodzi się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy człowiek jest uważny i szczery względem siebie.
Wiecie, dlaczego nastoletnie przyjaźnie są takie intensywne, a te dorosłych tak się rozwlekają i wygłuszają? Jest co najmniej kilka rodzajów sytuacji, w jaką trafia osoba, która oddaliła się od burzy. Podam tylko dwie:
1. Człowiek dochodzi ze sobą i światem do ładu. Powietrze staje się przejrzyste. Ludzie są dorośli. Trzeba na nich uważać, ale interwencje są konieczne rzadko.
2. Człowiek nie rozumie siebie ani świata. Powietrze jest mętne. Ludzie pozostają emocjonalnymi kalekami. Stronią od innych, bo bolą ich cudze przeżycia, nieważne, sukces czy tragedia, zazdroszczą intensywności, bo nadal chcieliby ćpać burzę.

Dorośnijcie, fejsbukowe i instagramowe ćpuny. Nauczcie dzieci patrzeć za horyzont, poza burzę. Nie zmuszajcie, a stymulujcie. Młody człowiek to nie stary pies, który pozbawiony uwagi zaśnie na dywanie, tylko szczeniak, który wykopie dziurę pod płotem i rzuci się pod auto, z entuzjazmem, z naturalną naiwnością i jeszcze naturalniejszym impulsem samozagłady. 


Zrobiłam to zdjęcie z dekadę temu, na imprezie, na której działo się wszystko, i za którą rodzicie nie wypuściliby nas więcej z domu. Karmiliśmy się głupotą i adrenaliną, gdy tylko spuszczano nas z oka. Teraz, żeby się wyluzować, jadę na urlop albo staję w pozycji z jogi i gapię się na obraz Wielka fala w Kanagawie nad łóżkiem. I to zawsze wydaje mi się strasznie zabawne. A kiedy coś mnie "nazbyt" poruszy, to piszę książki. Książki na przykład o istotach, które rozpie*dalają 26 wymiarów i zabijają miliony istnień. A czemu nie? Uwalniam się. I dopiero teraz, od paru lat, głęboko i całościowo zaczynam rozumieć, czego pragnę, i jak z tym nie walczyć, nie walczyć z sobą. To wymaga wejrzenia w siebie. I pozwala uczyć tego innych.

Mam tutaj doskonały artykuł, Samurajski sposób na ból istnienia, z którego płynie nauka, że najlepsze, co możesz dać oprócz uważności, to przykład płynący z akceptacji siebie.

Naucz dziecko akceptacji siebie, bo to bardzo często długa i wyboista droga; lepiej zacząć jak najszybciej. To ważniejsza nauka niż ta w szkole. Szkoła równa do jednego poziomu i pamiętaj, że ci, którzy odstają, często jej nie lubią lub się w niej nudzą. I to jest okej. Jest wiele "dopustów bożych" w życiu, a szkoła może być jednym z nich. Ważne, by nie być dla siebie samego bożym dopustem. Jeżeli dzieciak nie akceptuje czegoś w sobie, niech najpierw się z tym faktem pogodzi, a potem zacznie dany element zmieniać, ze wsparciem opiekunów. Naucz dziecko, że może stawić opór wszystkiemu i każdemu, ale nie może stawiać oporu akceptacji siebie.

I ten opór w końcu stopnieje. Ale potrzebne jest wsparcie.

Wspominałam, że moja perspektywa jest mimo wszystko nieco ograniczona. Bo ja żyję przekonaniem, że wszystko da się wykreować. Nad wszystkim da się zapanować w swojej głowie (jeżeli wyszliśmy z burzy i nie mamy problemów psychicznych). I nawet jeśli to nieprawda, jeśli nie w każdym przypadku, niech będę przykładem, że w tym konkretnym tak się da. Że istnieją skały w rozszalałym sztormie. Odnajdywałam spokój, pisząc pamiętniki, wiersze i opowiadania; zawsze to ja byłam swoją niezawodną i wieczną przyjaciółką. Niech dziecko na ciebie liczy, ale po to, by budować ostoję z samego siebie. Każdego w każdej chwili może zabraknąć. Istnieje tylko jedna osoba, która jest przy nas do samego końca.



A na koniec, młody człowieku, jeśli twoja rodzina doprowadza cię do szału, pamiętaj, że, jeśli dasz radę, dożyjesz momentu, gdy wybierzesz i stworzysz sobie własną.

czwartek, 5 grudnia 2019

Ciemna głębia

Czy jest taka rzecz, której nigdy nie mógłbyś/mogłabyś porzucić? Nie chodzi o osoby. Chodzi o ciebie. O twoje role, o twoje cele.
To, czego nie sposób porzucić, to, co cię dręczy i zadowala, czym krwawisz i oddychasz. Jeżeli masz coś takiego, właśnie to stanowi twoją tożsamość. Nic innego, nic, co ktoś uważa. To wybrałaś albo z tym się urodziłeś.

Taką rzeczą w moim życiu jest pisanie. Światotwórstwo.



Skończyłam właśnie kolejną książkę. To, co widać powyżej, jest screenem z ostatniego rozdziału.
Miesiącami byłam z tą nowelką sama. Tylko ja i mały koniec świata, który zaprojektowałam. W tym czasie musiałam pracować na kilka umów i zapierniczać jak mały samochodzik. W tym czasie musiałam wyprawić w świat wcześniejszą powieść. W tym czasie musiałam odkryć, że mój organizm nie chce dłużej współpracować na moich warunkach. W tym czasie wróciła depresja.

Właściwie to ona nie odchodzi, czasem po prostu ma urlop. Właściwie depresja to niewłaściwe słowo, wąskie i pozbawione głębi. Nie chodzi o chorobę, którą należy zwalczyć. Chodzi o przytłoczenie samym faktem istnienia. A to przychodzi tylko wtedy, kiedy otwieramy się na prawdę. Gdy uwalniamy wszystkie dobre i złe duchy ze swojego wnętrza, pozwalamy im tańczyć, krwawimy, próbując je pojąć, pozwalamy wciągać im się w głębię, i stajemy się wolni.
A płynąca z tego literatura musi być piękna. Tak mi się wydaje.

Sądzę, że wolność zawsze jest obleczona w niepokój, bo ma do dyspozycji najmniejszy zakres z możliwych: jej całym światem jest twój umysł.
Wolność to idea.
Kojarzy się ją zazwyczaj z ogromną przestrzenią, z bogiem, z czymś dobrym, radosnym, zwycięskim, nie z ciemnością i smutkiem, nie z ciasnotą i przytłaczającą odpowiedzialnością.

Ale taki chociażby Sartre odważnie stwierdził, że najpierw się stajesz (najpierw dostajesz się do niewoli), a potem się definiujesz (możesz się w pewnym stopniu uwolnić). Sartre mówi, że całkowita odpowiedzialność za ciebie spoczywa na tobie. I tak rozumiana wolność budzi niepokój. Człowiek jest "skazany na wolność", oznajmia Sartre, dlatego wolność jest tak niepokojąca, tak trudna i pełna sprzeczności, i dlatego tak często tłumiona i zakłamywana.
Przez chwilę nie nadawaj jej popularnych ram. Nie czyń z niej radosnej, boskiej, wywyższającej, jasnej, świetlistej, dobrej, wielkiej. Rozmyj jej granice, zabierz jej kolory. Kolory to tylko iluzja, refleksy światła.


Shawn Coss
Shawn Coss

Nazwijmy ją ciemną głębią.
Z takiej przecież się wyłaniamy, czy to w wielkim wybuchu, czy z nicości przed narodzinami, i w taką odejdziemy. Ciemna głębia brzmi niepokojąco, wręcz przerażająco, ale i kojąco, swojsko, jeśli tylko jej na to pozwolić. To jej czar. Finalnie ze sprzeczności powstaje doskonale gładka, obojętna tafla. Jak przestrzeń kosmiczna.

Ciemna głębia jest wszechogarniająca. Jeśli przestajesz udawać, że nie istnieje, dopuszczasz w swoim życiu mocnego gracza. A pisarz zazwyczaj pozwala jej rozlewać się po umyśle. Z ciemnej głębi wychodzą zdumiewające historie. Ciemna głębia lubi uczyć się twojej filozofii myślenia, rozkładać na czynniki i hodować na nich nieznane. Dawać odbicia zupełnie innych rzeczywistości. W jej rękach każda myśl może wędrować bardzo daleko, nawet tak daleko, że jej nie ogarniesz, że się zatracisz. Przepadniesz, jak przepadli niezliczeni twórcy.

Z pewnością niebezpieczną jest na przykład myśl, że ta osoba, która napisała właśnie skończoną książkę, mnie przerasta.

Ależ ty jesteś tą osobą. Przestań wchodzić w te wszystkie wymagane role. Wymagane przez tchórzy, którzy nie chcą się uwolnić. Zostaw je. Odbierz sens wszystkiemu poza jedną rzeczą. Eksperymentuj.

Niby ciemna głębia nie pieprzy od rzeczy. Ale jest jednym z filarów mojego pisania. Ma wartość, której chciałaby nadać status quo. Chciałaby, żeby stała się całą istotą życia jej żywiciela, jej animatora, okna na świat, przez które się afirmuje.
Problem w tym, że ja już jestem. Ja już zostałam stworzona. I obok rzygania aktami kreacji muszę z tym żyć. Nie zaprojektuję większości spraw mnie dotyczących. Nie mam żadnej władzy nad sobą, choć mam władzę absolutną nad każdą stworzoną przeze mnie postacią.
Mam tylko ideę w umyśle. Ideę, która nic nie znaczy, lecz musi znaczyć wszystko, żeby pokonywać nędzę istnienia.




Ludzie, którzy czegoś na co dzień nie robią, często są ciekawi, jak to wygląda. Czy pisarz siada sobie z kawką wśród świec, pod wielkimi regałami książek, i zrelaksowany coś tam sobie skrobie?

Może. Ale chyba nie znam takich.



Zawsze mówię, że pisanie kojarzy mi się z chorobą. Z wymiotami. Z krwotokiem. Z wywlekaniem demonów z mroku.

Wielu tak mówiło i pisało. Haśce Poświatowskiej też kojarzyło się to z chorobą, i Murakamiemu. King stwierdził, że jako twórca musisz posiadać zdolność zapamiętywania każdej blizny. Diaz powiedział, że pisarz kontynuuje pisanie, nawet gdy nie ma nadziei. Ibsen stwierdził, że pisanie to sąd nad samym sobą, a Mann, że "pisarz jest to człowiek, któremu pisanie przychodzi trudniej niż wszystkim innym ludziom". Moers: "pisanie jest desperacką próbą wydarcia z samotności odrobiny godności i trochę pieniędzy". Hłasko oznajmił, że pisząc, musisz przekroczyć ostatnią granicę wstydu. 

Twórcy, maltretowani przez potrzebę afirmacji, w dziwacznej komitywie wewnętrznego sprzeciwu i zgody nadają formę swojemu pokręconemu, ciemnemu światu lub temu, co w nim zamieszkało. Ciemnej głębi.

Jestem tylko wtyczką wpiętą w wieczny strumień treści, to też często mówię. Nie sposób jej odpiąć. Dlatego śmierć zawsze w swej gorzkiej istocie ma słodki posmak odpoczynku i ukojenia. Może dlatego tylu odbierało sobie życia. Tego nie da się w żaden sposób przerwać. Świadomości nie da się cofnąć. Od ciemnej głębi nie można się odciąć. Karuzela wciąż się kręci, a tobie nie uda się zsiąść. Chyba że na dobre. 
Nie można porzucić tożsamości. Spróbuj porzucić bycie... ojcem? Matką? Badaczką? Pisarzem?

W fantastyce jest taka zasada, nazywają ją brzytwą Lema. Mówi: jeżeli nie możesz wyciąć z tekstu elementów fantastycznych bez szkody dla treści, to przeszedł test.

Nie możesz wyciąć tożsamości.
Nie możesz odgrodzić się od ciemnej głębi, jeśli jesteś tym, kto się jej nie boi i z niej czerpie. Ale brak strachu niczego nie zmienia. Gdy idziesz przez ciemny las, niezależnie czy boisz się, czy nie, nie masz pojęcia, co wyjdzie z ciemności. Nie możesz tego wiedzieć.



No więc jesteś ty i głębia. Coraz więcej pragnąca, bo dająca coraz więcej przywilejów, i mająca coraz mniej cierpliwości do ludzi, którzy się jej boją i udają, że jej nie ma.

Standardowe pytanie, które słyszy piszący. "Skąd ty bierzesz te wszystkie pomysły?"
Powiedz, że z ciemnej głębi, z otchłani, przed którą pytający najwyraźniej się broni, bo gdyby tego nie robił, to by nie pytał. Ciekawe, jaką zrobi minę.

Kiedy ludzie mówią, że słyszą jakiegoś boga, albo że jakiś bóg ich doświadcza, to wszyscy kiwają głowami. Ale niech ktoś powie, że spisuje szepty z ciemnej głębi.

Ludzie często nie lubią bezkształtnej, bezpostaciowej prawdy, prawdy, której nie można ubrać w jakiś absolutyzm, w coś, co uporządkuje im życie, przytłumi lęk. Ludzie często nie lubią myśleć, że bóg to jedno z przyjaźnie brzmiących imion dla ciemnej głębi.
Nie można mieć nikomu tego za złe. W życie wchodzimy bez udziału woli i musimy z nim wytrzymać.
Ale są i tacy, którzy wbrew społecznym lękom otwierają się na eksperymenty. I tutaj wkracza twórca. Daje bezpieczne i legalne pole do eksperymentów. Robi to, czego boją się inni.
Robi to w swojej głowie. W swojej wolności. Morduje i płodzi. I o wiele więcej.

Utwory mogą odmieniać wszystko na rozjaśnionej blaskiem słonecznym powierzchni ciemnej głębi. Mogą zaczarować tę chwilę życia i nadać jej sens, zaprzyjaźnić z niepokojem, uspokoić.
Utwory to pożyteczne kłamstwa.

Tworzenie. Tożsamość, która zawsze nakazuje wychodzić poza siebie i próbować afirmować swoje istnienie. Czynić z niego więcej.  W bólu. W zarzynaniu, które jednocześnie spełnia i wykańcza, ale bez tego życie byłoby po prostu niemożliwe.
Ciemna głębia w każdym z nas. I my, wypluwający jej owoce jak karabiny.

Ciemna głębia lubi słabości i choroby. Dlatego mam trudny okres, ale jednocześnie wszystko to, czego się boję, jest przemieniane przez ciemną głębię, odkształcane, projektowane na nowe sposoby, otwierające niezbadane dotąd obszary. Jeśli nie bać się ciemnej głębi, ona przemienia wszystkie inne strachy. Czyni cuda.
A potem można je spisać.



Publikacje w najbliższym czasie:

Zimowy numer magazynu Silmaris, rozmawiamy z Anną Szumacher o pisaniu.
Portal sajfaj.pl przeprowadził ze mną wywiad, niedługo powinien się ukazać.
Numer "Creatio Fantastica" dotyczący światotwórstwa, który pojawi się w przyszłym roku, będzie zawierał opowiadanie z uniwersum nowelki posłanej właśnie do wydawcy.
Poproszono mnie o napisanie kolejnego tekstu weird, na razie nie mam zbyt wiele szczegółów dotyczących tej publikacji.
Na decyzję co do nowelki będę czekać dwa miesiące.

Ponieważ zbliżają się święta i wszyscy dumamy nad prezentami:
Polecam "Horyzont" Kuby Małeckiego (dla dorosłych) i "Na tropie magii" (dla młodzieży) Marysi Krasowskiej; robiłam korektę "Horyzontu" i redakcję "Na tropie magii", znam te teksty na wylot i mogę was zapewnić, że to strzały w dziesiątkę. Polecam również "Przygody małego duchołapa" (dla dzieci) Anety Jadowskiej, które czytałam w ramach mojego dorywczego pomagania SQNowi w promocji.

Obecnie redaguję poradnik tatuażu, poradnik wyciągania prawdy, opowiadania z Fantazmatów, w kolejce następne powieści fantastyczne. Jeżeli macie jakieś zlecenia redakcyjne/copy, piszcie.

czwartek, 12 września 2019

Kto sieje wiatr, zbiera Burzę

Wydaje mi się, że "Dzieci Burzy" mają dość ciekawą historię, którą po części, choć tylko niewielkim fragmentem, mogę się podzielić. Oczywiście najlepiej byłoby rozwodzić się nad faktem, że tworzyłam ją, nagrywając treść na dyktafon podczas włóczenia się po ukraińskiej Strefie Wykluczenia, a mój stan emocjonalny w tamtym okresie pozostawiał wiele do życzenia. Ale o tym przeczytacie we wstępie do książki.


ŚMIERĆ PIERWSZA RZUCA KOSTKĄ



Cały trzon tej opowieści wziął się z mojego doświadczenia żałoby i traumy, z którymi wbrew wszystkiemu się zaprzyjaźniłam i przekułam w magiczną opowieść o wielkich poszukiwaniach ratunku oraz sensu. I kiedy Kif mówi do Aishy: przecież wiesz, że to mogłaś być ty – następuje odkrycie mojej klątwy, a gdy w sali rozpraw na Ooparcie Daina trzyma listy i wypowiada kluczowe zdanie na temat obecności winnych na sali, klątwa zostaje zdjęta.
Jak to odczytywać? Gdy poznacie książkę, przyjdzie zrozumienie na wielu płaszczyznach, jeśli tylko będziecie mieli ochotę odkrywać więcej niż pierwszą warstwę.
Książka już we wstępie oznajmia, że wzięła się ze śmierci, śmierci trudnej, bolesnej, a mimo to służącej żywej, barwnej opowieści, tętniącej kreacjami wielu bohaterów i wizjami mnóstwa światów. Musicie przygotować się na wieloświat, który postarałam się jednak zaserwować w ograniczonym zakresie, nieprzytłaczającym, a przyjemnym, może nawet porywającym. 
Historię rozpoczyna gorzkie wspomnienie: Burza uwolnił się z więzienia i siał śmierć, a powody jego gniewu zostają od razu zasugerowane – ktoś rozdzielił go na tysiąc lat z ukochaną. Nie wiemy, kim Burza jest, nie mamy pojęcia, kogo kochał, widzimy tylko zgliszcza po jego marszu i niedolę przypadkowych istnień, które znalazły się na jego drodze. 
Ale czy na pewno przypadkowych? Czy nie jest tak, że z każdym rozdziałem wszystko konsekwentnie zazębia się i obnaża w pewien sposób zachwycającą prawdę, złożoną, skrytą, lecz finalnie widowiskową?



WILK, KTÓREGO KARMISZ


Chcemy wiedzieć, kim jest Burza, co mu się stało i jaki jest jego obecny los. Nieobecna w fabule postać napędza naszą ciekawość i ochotę na to, by przyglądać się wszystkim pozostałym. Fakty na jej temat powoli rozrysowuje przed nami opowieść, podobnie jak odpowiedź na pytanie, kim jest osobliwa wiedźma z Głuszy, Szauszka (jej mityczne imię jest oczywiście istotne), butnie twierdząca, że wbrew wymownej puencie indiańskiego przysłowia karmi oba wilki w sercu. 
Historia toczy się i rośnie dzięki podglądaniu tych, którzy przetrwali gniewny kataklizm: jednych w skrajnej nędzy, innych opływających bogactwem. Polsce dostają się niezmierzone dobra, podobnie jak Ukrainie i Węgrom. Zachód w dużej części zostaje zniszczony i kiełkuje na nim nowe. Tutaj możemy już wrzucić opis książki:

Którego wilka w swoim sercu karmisz?
Burza uciekł z więzienia i przeszedł przez dwadzieścia sześć wymiarów, siejąc spustoszenie, po czym zniknął. Poszukują go legendarni Likwidatorzy, by zatrzymać apokalipsę. W Czarnobylu ukrywa się ktoś, kto może im pomóc...
Tymczasem w leśnej głuszy swój plan realizuje tajemnicza wiedźma. Nad Radioaktywną Ruiną, na obszarze byłych Stanów Zjednoczonych, powiewa polska flaga, a „Polaczek” mianuje się bożym pomazańcem. Po dziurawym multiwersum włóczą się wojska burzowych pomiotów, odmieniając dusze…

Dzieci Burzy to powieść science-fantasy. Zaawansowana technika przenika się z magią, współczesność z czasami średnimi; smok króluje na niebie, po czarnobylskich ogrodach kłusują konie niezwykłej rasy: bracia śniegu. Dzieje się!



ZGRAJA ELEGANCKICH PORĄBAŃCÓW





W opisie z pewnością rzuca się w oczy słowo Likwidatorzy. Kiedy pisałam tę książkę, jeszcze nie było takiego boomu na Czarnobyl, ale dziś z pewnością więcej osób zrozumie nawiązanie do likwidatorów awarii z osiemdziesiątego szóstego – Burza jawnie nazywany jest przez niektórych Chodzącym Czarnobylem. Jednakże inspiracją dla mojej kosmicznej bandy gończych psów nie były ukraińskie bioroboty, a... Legion samobójców.
Moi <źli, z którymi szybko się zaprzyjaźnicie i będziecie im kibicować> są kompletnie inni, dlatego też nie bronię się przed wskazaniem inspiracji. Zmodyfikowani na nieetyczne, budzące wątpliwości sposoby, włóczący się po kosmosach w imię dobra, którego nie pojmują, są wdzięcznym elementem historii, zwłaszcza że bije z nich absurdalna elegancja i szlachetność; choć początkowo, opisani hurtowo w jednym akapicie, mogą wydawać się kompletnie abstrakcyjni, niedługo po ich poznaniu zapałacie do nich żywymi uczuciami. Jest to o tyle łatwiejsze, że obywatele Zrzeszonych Wszechświatów nie uznają istnienia "zła prawdziwego"; zgodnie z tomaszową filozofią zło uznają za uszkodzenie, w dodatku do naprawienia.
Fabuła poprowadzi was takimi ścieżkami, że prawdopodobnie będziecie współczuć psychopatom, a nawet pewnym istotom, których tak naprawdę nie ma – są czysto potencjalne i nie sposób ich uratować. No chyba że... ;)

Co łączy legendarnych, kosmicznych Likwidatorów z Burzą? Cóż... powiedzmy tylko tyle, że kiedyś dobrze się znali.

Zaciekawieni? Mam nadzieję!



BURIA MGŁOJU NIEBO KROJET

Burza na morzu (Kochankowie na brzegu morza), Jan Parcellis (malarz przypisywany)

Posługiwanie się inspiracjami może niesłusznie sprowadzić was na trop "Openmindera", mocno osadzonego w świecie zrodzonym przez przesiąknięcie Evangelionem i postapokalipsą, i pomyślicie sobie, że znacie już te moje patchworki.
Nie dajcie się zwieść – "Dzieci Burzy" to oryginalne multiwersum, którego symbolem są jakże kluczowe, a jednocześnie marginalizowane przez opowieść tytułowe istoty. W logicznie skrojonym modelu multiwersum będziecie mogli bezproblemowo lawirować pomiędzy światami fantasy a kosmicznymi rubieżami, pomiędzy odmienioną ojczyzną a Radioaktywną Ruiną i Cesarskimi Ogrodami, nie gubiąc się i mogąc czerpać z różnorodności pełnymi garściami.

Książka rozpoczyna się znamiennym wierszem Puszkina, przełożonym przez Juliana Tuwima. Zamieć mgłami niebo kryje, wichrów śnieżnych kłęby gna, to jak dziki zwierz zawyje, to jak małe dziecię łka... Właśnie tego wiersza uczono w szkole moją babcię i kiedyś przy kawie powiedziała mi, że to głównie z rosyjskiego pamięta. Wyrecytowała kawałek, a w mojej głowie powstał pierwszy trop do kluczowej postaci książki.
Burza w pewien sposób symbolizuje niezawinioną krzywdę, a jego los jest losem nas wszystkich. Czy możemy naprawić to, co zniweczone? Czy możemy oszukać los i czym on właściwie jest? Czy istnieje inna droga niż pogodzenie się z brakiem władzy nad rzeczami, które potrafią całkowicie zdominować nasze życie? Czy rzuceni w świat poza naszą wolą, obdarzeni nieznanym czasem i wymykającą się z rąk rzeczywistością, cokolwiek znaczymy?
Ta wielowątkowa, wielowymiarowa książka próbuje, poza snuciem opowieści science-fantasy, ukazać psychologiczno-filozoficzne badania, które urządziłam na żywych istotach, personalizując absolutnie wszystko: drzewa, kamienie, smoki, osobliwe gatunki, przedmioty, przeciwstawiając się śmierci. Najwięcej eksperymentów dokonywanych jest na samym człowieku. Powieść zawiera jednak te elementy w sposób, mam nadzieję, nienachalny i nieobowiązkowy. Kto chce, może po prostu płynąć z opowieścią i rozwiązywać intrygę.






No i smaczek na koniec. Obrączka na okładce jest tą, którą dzierży wiedźma, jest też jednocześnie obrączką zaprojektowaną przez mojego męża, którą dał mi na Oku Moskwy w Strefie Wykluczenia. Oko Moskwy, podobnie jak obrączka, dostaje swoją rolę w książce, tak jak i zresztą awaria czarnobylska. 
Dlaczego obie te rzeczy szczególnie dla mnie istotne – obrączka i ruski dzięcioł – nie mają jednoznacznie pozytywnego zastosowania w fabule? Być może z tego powodu, że miłość nie jest dla mnie tym, co wbijają nam do głów autorytety, sztuka i rozrywka. "Dzieci Burzy" nie ukazują ckliwych znaczeń. Książka kreuje drogi, na które wchodzą jednostki, czasem z własnej woli, czasem wbrew niej, i ich największą wolnością są decyzje, czy te ścieżki porzucić, czy na nich pozostać.
Wbrew każdemu i każdej rzeczy zawsze można się zatrzymać. Nawet będąc Burzą. 
Wyrywając wielkie dziury w multiwersum, Burza symbolizuje traumę niszczącą mój świat wewnętrzny.

…mieszaliśmy w jego umyśle jak w kotle. Wrzucaliśmy zdechłe myszy i zgniłe mięso, szczaliśmy i pluliśmy w jego głowę, a potem go tym karmiliśmy. Trawił własne pokaleczone myśli. Mieliśmy nakaz nakłonienia go, żeby pisał do niej listy, choć milion razy pokazywaliśmy mu jej śmierć i rżnęliśmy jej mary na jego oczach. Zajmowało mu całe lata, by wyskrobać kartkę słów. Był świadomy tylko chwilami, podczas burz. Sądzę, że nikt nigdy nie spowodował takiej degradacji. Umysły takie jak jego są bardzo wytrwałe. Ale myśmy rozszarpali mu ducha.


Shawn Coss



Ale mimo wszystko Burza zatrzymuje się, kończy swój śmiertelny marsz. Dlaczego? Zapraszam do lektury. Premiera ZARAZ.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Kolorowe sny o końcu świata – patchworkowa postapokalipsa Openmindera


Magdalena Świerczek-Gryboś



Żywot Prypeci

Czy można marzyć o końcu świata? Jeżeli potraktujemy szeroko znaczenie słowa „marzenie” i obejmiemy nim akceptację jakiegoś stanu rzeczy (na przykład nieuchronności końca) oraz fantazjowanie o tym, jaki koniec chciałoby się zobaczyć, to jak najbardziej.
Czy chciałabym zobaczyć coś, co zamieściłam w swojej książce?
Wizja bezpiecznego włóczenia się po siedlisku wciąż niezbadanych, nowych okazów dzikich zwierząt jest kusząca. Mieszkam na skraju lasu, często też udaję się w miejsca oddalone od cywilizacji i współegzystuję z dzikimi zwierzętami. 

Z okna


Najbardziej jednak przemawia do mnie perspektywa zniszczonego, a jednocześnie odmienionego, kipiącego życiem miejsca. W realnym świecie taka wydała mi się Prypeć (Zonę odwiedziłam w 2016 roku), pełna naszych śladów, szkieletów ludzkich domów, lecz przejęta na dobre przez przyrodę. Strefa Wykluczenia – wykluczenia człowieka – patrząc przez pryzmat przyrody ma się wspaniale; w zielonym gąszczu znajdą się tam też niezwykłe mutacje i ciekawe sposoby przystosowania tamtejszych zwierząt do specyficznych warunków. Abstrahując od tragizmu katastrofy w Czarnobylu – Strefa i tereny wokół są w pewien sposób zachwycające, bo detronizacja człowieka pokazała potęgę przyrody, nawet w obliczu jej skażenia. Był las, nie było nas, nie będzie nas, będzie las. I taka perspektywa postapo mi się podoba. Bo to, że czeka nas jakiś rodzaj katastrofy, wydaje mi się pewne i nieuchronne.


Cafe Pripyat


Centrum


Plac Szczepański, ilustracja z Openmindera by Marek Gryboś


Zdetronizować człowieka

„Openminder” przede wszystkim kończy pewien ideowy pogląd na świat, a jeśli chodzi o fizyczną rzeczywistość – rozpoczyna zupełnie nowe, pstrokate realia. Lemowisko, czyli zniszczone centrum Krakowa, choć skażone i zrujnowane, bucha kolorami i zmutowanym życiem. Takie wizje pojawiają się w mojej głowie od dawna: fantazje na temat przyrody, która się zmienia, ewoluuje i zagarnia to, co przywłaszczył sobie i przekształcił człowiek. Pod wpływem twórczości Stanisława Lema wyklarował się we mnie pogląd, że człowiek, jako wyjątkowy projekt eksperymentującej nieustannie matki natury, w pewnym momencie, w pewnych aspektach okazał się fiaskiem; planeta tak czy siak pozbędzie się go, jak pozbywała się w naturalnym cyklu wielu swoich projektów. Ale materia nie rezygnuje z człowieka; oto ma szansę wysłać swoją specyficznie świadomą, ożywioną wersję w kosmos, a nie tylko łupiny planet i drobiny gwiazd, z których wciąż mozolnie od nowa tworzy i niszczy ciała niebieskie. 
To „fiasko” nadal ma w sobie obiecujący potencjał koczowniczy.

Pstrąże 2015


„Openmindera” napisałam dawno, w 2015 roku, ale już wtedy istniało we mnie przekonanie o tym, że ta planeta nie tyle stanie się dla nas niegościnna, ile jest taka od początku. Tak jakby materia kosmiczna wiedziała, że musi nam zbudować iluzję domu, żebyśmy się stali, a potem nas go pozbawić, by wypchnąć w przestrzeń, a także wtłoczyć w okazalsze nośniki – maszyny. 
Moja książka łączy to wszystko w, jak to określił Michał Cetnarowski, patchworkowy sposób: fuzję człowieka i maszyny przy jednoczesnym powrocie do pierwotnych, kosmicznych źródeł istnienia (osobliwości), a także odmieniony świat ożywiony, zagarniający przestrzeń w konsekwencji naszych nieetycznych eksperymentów: mokrych snów o zaprogramowaniu człowieka w nieszkodliwego robola i dziecioroba. Do tego dzieli świat na dwie części w sposób przerysowany, wręcz groteskowo ukazując przywary lewicy i prawicy, oraz maltretuje młode umysły projektami uprzywilejowanej elity.
W pierwszym tomie wszystkie te sprawy są właściwie dopiero zarysowane i myślę, że kontynuacja „Openmindera” mogłaby sięgać znacznie głębiej w filozoficzne aspekty końca złudzeń i początku ery, w której im mocniej chcemy zapanować nad swym losem, tym łatwiej wytrącamy sobie władzę z rąk.

Strachów


Pożeranie planety

Czy przeszkadza mi ludzkie panowanie nad ziemskim światem, ingerencja na tyle poważna, by go wyniszczać? Właściwie poza pewnymi wyjątkami nie przeszkadza mi nic, na co nie mam wpływu; jestem jedynie obserwatorką, a moim jednostkowym buntem może być najwyżej mniej skrajna postawa Darii, jednej z bohaterek książki. Człowieka uważam za coś w stylu pożądanego przez rodzicielkę pasożyta, żrącego swoją planetę jak dzieci matkę, i proces pożarcia w żaden sposób nie jest możliwy do zahamowania; owo stworzenie zbyt szybko rozwija się technologicznie przy jednoczesnym odcięciu od świata ożywionego, czy to pod względem empatii, czy świadomości. Najpewniej jest to konsekwencją nadania nam przez przyrodę indywidualnych, zamkniętych nie tylko na inne gatunki, ale i innych ludzi, skomplikowanych światów wewnętrznych. Monady nie mają okien, stwierdził Leibniz, i w mojej perspektywie filozofki nie mają ich także umysły, skazane na nieprzekraczalną immanencję oraz samotność.

Strachów


Jednostka w żadnej mierze nie zatrzyma wyżerania matki przez miliardy dzieci, ma za to duże możliwości w kontekście fantastyczno-ideowym: publikując książki, mogę podważać i kreować; jako filozofka dodatkowo zadawać niewygodne pytania i drastycznie rozszerzać definicje oraz perspektywy. „Openminder” to dopiero próba, ujarzmiona z pomocą redaktora, próba, wydaje się, udana; stworzyłam już więcej światów na różne sposoby chylących się ku upadkowi i zmierzających do nowego początku. Czekają na wydanie bądź są dopieszczane. Cieszę się, że "Openminder" dostał szansę i mnóstwo nauczyło mnie dopracowywanie go oraz rozmowy z czytelnikami.
Chciałabym kontynuować tę opowieść, dać jej dużo więcej. Mam zarysowany i rozpoczęty drugi tom. Mutacje Lemowiska domagają się badań, podobnie jak mechy, a dobrozmysł – kaganiec nałożony na obywateli Zachodu – rozszerzenia i buntu. No i Wschód, on jeszcze w ogóle nie zaprezentował swojego oblicza. Nie zostało też wyjaśnione, co w latach siedemdziesiątych XXI wieku dzieje się z klimatem.

Starcia samozwańczych bogów

Przyczynkiem kataklizmu w „Openminderze” jest z pozoru wielkie pragnienie ludzkości, zrealizowane bez odpowiednich badań nad inicjatorem – eliminacja zła. To właśnie akt wykastrowania z agresji powoduje wojnę, katastrofę ekologiczną, podział świata i powstanie bardzo niebezpiecznej strefy swobodnych działań dla ludzi uprzywilejowanych, którzy mają możliwość przeciwko złu się nie szczepić.
Zainicjowanie szczepionki powoduje niekontrolowane zmiany w przyrodzie i mutacje, dlatego właśnie skażone, postapokaliptyczne obszary w "Openminderze" kipią nowym życiem. Dodatkowo przestrzeń szatkowana jest niewidocznymi, eksperymentalnymi impulsami, które wyciekają na przestrzeń kosmiczną. Eugeniczne eksperymenty są na porządku dziennym. Ludzie niszczą i jednocześnie kreują w tej samej chwili i tymi samymi narzędziami; rzucają w kąt wszystkie bioetyczne ostrzeżenia i barykady, postawione w XX wieku, niejako detronizując się własnymi rękami – zżerają i przekształcają istotę ludzką bez troski o zachowanie jej natury czy zdrowie przyszłych pokoleń. 
Rozpaczliwy akt Darii, poczyniony w pierwszej części, w kolejnych nabierze nowych znaczeń, podobnie jak decyzje głównego bohatera, Nikodema. A jego brat, być może, wybierze się w inne światy.

Pierwsza scena Openmindera, Nikodem w metrze, by Przemysław Stachura


Uchować choć umysł

Inne postaci także przeżywają końce i początki swoich wewnętrznych światów; część próbuje zapanować nad rzeczywistością, inni poddają się do stopnia bezwolności. Większość z nich musi radzić sobie z kiełkującą świadomością, że ludzkość jest na drodze bez powrotu do dawnej rzeczywistości, na drodze ku zmianie lub utraceniu formy, w której trwała od tysięcy lat. Choć Polska jest ukazana jako nieco zacofana ideologicznie i postępowo – znowu padliśmy ofiarą stanowienia areny walk – zdradza już symptomy fuzji z wirtualem. 



Wizjami przeniesienia się do nadbudowanej rzeczywistości nasiąknęłam, oglądając mnóstwo anime. W pierwszej części książki wiemy tyle, że wirtual jest rozbudowywany i zmierza do jakiegoś rodzaju nałożenia na rzeczywistość, ale na czym ma to polegać, dostajemy jedynie przesłanki. Dzieciak-pilot i mech, dwa elementy fabuły z pozoru służące rozrywce i tworzeniu widowiska, z biegiem akcji okazują się spoiwem, jednak wszystko pozostaje w sferze domysłów. Tutaj mech nie jest bio, jak w NG Evangelion, wydaje się raczej kolejną fantazją o fuzji technologii z pierwotniejszymi elementami kosmosu. 
Co się ma stać z ludzkim umysłem, mózgiem podpinanym do maszyn, rażonym impulsami? Jeżeli tylko pierwszej części dobrze pójdzie, przekonać będzie się można w kolejnych :)


sobota, 20 lipca 2019

Sprawozdanie z wiosny i lata

Książki


"Dzieci Burzy" są na ostatniej prostej. Podejrzewam, że ukażą się planowo, na jesieni. Poniżej fragment wywiadu, w którym wydawczyni zachwala książkę, na drugim screenie pierwszy akapit, a na końcu zajawka z banerkiem ;)



Burza nadciąga. Już widać go na horyzoncie. Zemści się za to, co mu zrobili. Jego gniew poznają wszystkie światy. I ucierpią. 
Jedyna rzecz, która może je uratować, ukryta jest w Czarnobylu…


"Openminder" ma się dobrze, zbiera niezłe opinie, ludzie pytają, kiedy drugi tom, opowiadają, że łyknęli wszystko jednym tchem; są i oczywiście tacy, którzy zrezygnowali z lektury czy nie kupili tej historii, ale wygląda na to, że niezadowolonych jest znacznie mniej. W internecie dużo fajnych zdjęć.

@booksoverhoes
Liliana Sadowska

@okiemmk
@cool_story_naz

@cool_story_naz



Pamiętajcie, że możecie dostać książkę ode mnie, dokładam bajery; robię ostatnio zupełnie nowe zakładki, białe z szarą włóczką ;)





Młodzieżówka skupiona na Marsie powoli doczekuje się mojego powrotu do pracy nad nią. Myślę, że ma szansę na ukazanie w przyszłym roku, oczywiście jeśli spodoba się recenzentom w wydawnictwie.


Opowiadania


W Esensji ukazało się moje opowiadanie "Bardzo trudne samobójstwo", dotyczące samotnej wyprawy w ramach regat okołoziemskich i przedziwnych wizji. Tekst nawiązuje do prawdziwej postaci Jeana Jacquesa de Roux, który zaginął podczas Velux 5 Ocean Race.

Na jesieni ukażą się "Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction", a tam opowiadanie "Larwy (modlitwa do Klary)". Pierwsze i nie ostatnie opowiadanie weird fiction, jakie napisałam, swoiste studium szaleństwa i żałoby, to zupełnie nowy etap w moim pisarskim życiu i czegoś takiego spod mojej ręki jeszcze nie czytaliście :)
Si, to będzie w druku!




Drugie opowiadanie weird fiction posłałam na skrzynkę redaktorską NF, no i czekam :)

Te trzy ważne opowiadania to chyba wszystkie krótkie formy, które przewiduję na 2019 rok. Możliwe, że ukaże się jeszcze zbiór opowiadań "W głębi snów" z moim szortem. W przyszłym roku szansę mają opowiadania, które przyjęto do antologii fantazmatowych: Fantazmatów 3 i Zbrodni doskonałej. 
Na razie zawieszam pisanie opowiadań, zabieram się za książki w kolejce + bez przerwy redaguję w licznych miejscach i projektach.


Praca

Robota pali mi się w rękach.
Zrobiłam korektę nowej powieści Jakuba Małeckiego! Strasznie się stresowałam, ale jestem ze swojej pracy zadowolona i wygląda na to, że inni też. "Horyzont" serdecznie polecam, siadł mi na psychice bardzo mocno, bo to przejmująca i zajmująca lektura.


To chyba niestandardowe, że w Wydawnictwie SQN zaczęłam od podpisania umowy wydawniczej, potem zajęłam się prowadzeniem dwóch fanpejdży (co robię nadal), wreszcie dołączyłam do ekipy redakcyjnej (wykarmiona na piersi Fantazmatów jako doskonałej, profesjonalnej szkoły, gdzie obecnie głównie redaguję i zarządzam działami). Dostałam teraz swoją pierwszą samodzielną redakcję książki i jestem sprawą mocno przejęta.

W Domu Kultury zorganizowałam warsztaty literackie, a teraz ogłosiłam ogólnopolski konkurs poetycki pod hasłem "Małe ojczyzny i wielkie miłości".
Ponadto na głowie redakcje i czytanki z portalu NF, redakcje z Fantazmatów, bety, niezliczone wpisy w SM i pisma. Kiedy tylko trafi mi się kilka wolnych dni na grafiku, wyjeżdżam, a to góry, a to morze; polecam wam taką miejscowość jak Sopotnia Wielka, gdzie zajawione kosmosem dzieciaki mają imitację stacji kosmicznej YSS, ogród sferyczny, wielki teleskop, meteoryty i bajery z NASA. Bez uciekania na krótkie urlopy, do ciekawych miejsc i urbexów szlag trafiłby mnie od nawału roboty i od spraw kłębiących się w głowie, a o których można poczytać na blogu głównym.



Okej, tyle mi się udało wyrwać wolnego czasu na sprawozdanie.